PAŁAC KULTURY i NAUKI MA RUNĄĆ – prośba do Niemiec!

.

Roberto Cobas Avivar 17.11.2017 r. napisał:

„Pałac Kultury i Nauki to jedyny majestatyczny osobliwej architektury budynek w Warszawie. Dokoła narosły wysokie chwasty pseudo architektury, które czynią z centrum stolicy wioskę o zubożałej wyobraźni urbanistycznej. Kiedy człowiek zahacza o te okolicy, czuje dziwne zawstydzenie. Na niespójnym eklektyzmie, który cechuje architekturę Warszawy deweloperzy rynku nieruchomości w pogoń za zyskiem, implantują w centrum chaotyczne bryły o niebieskoszarym zabarwieniu przypominające obraz pni spalonego lasu. Ta garstka pseudo budowli doby polskiej architektonicznej myśli kapitalistycznej otaczająca Pałac Kultury powinna zostać zburzona, albowiem stanowi chwałę wulgarnego gustu do przestrzeni miejskiej.

Pałac Kultury i Nauki, powiadają zwolennicy jego wyburzenia na czele z nieprzypadkowo dobraną parą ministra finansów i ministra kultury, jest dziełem stalinizmu, niczym wbity w sercu Polski miecz rosyjskiego wroga. Polska gardzi wyzwolicielami. Za zburzeniem pomników żołnierzy armii radzieckich (z różnych krajów Wschodu), jak i samej Polskiej Armii Ludowej oraz gorliwą zmianą nazw ulic zasłużonych budowniczych i obrońców Polski w czasie wojny i po jej zakończeniu, pod młot wulgarnej myśli prawicowej ma iść najbardziej rozpoznawalny symbol stolicy Polski. Konsekwentne wymarzanie ze zbiorowej świadomości Ave Fenix, jaką była PRL, ma sięgnąć zenitu.

Tymczasem, nikt lepiej tego nie zrobi niż Ci, którzy zrównali Stolicę z ziemią – Niemcy! Dzięki poświęceniu Armii Radzieckiej przecież wspaniały Kraków ominął tę rasistowską niemiecką furię wobec nic niewartej dla nich słowiańskiego ducha polskiego narodu. A cała Warszawa pozostaje żywym symbolem imponującego ducha odrodzenia wpajanego w narodzie przez Polskę Rzeczpospolitą Ludową w odbudowie ze zniszczeń nazistowskiej nienawiści miasta po klęsce wymyślonego przez odwieczną prawicę powstania warszawskiego.

Propozycja dla polskiej prawicy, tej czyhającej znowu na władzę i tej ją dzisiaj sprawującej, jest prosta. Pora skończyć z hipokryzją i omamieniem nowych pokoleń Polek i Polaków. Iść na całego w duchu walki z mniemaną „komuną”. Zakontraktować Niemców za pieniądze odzyskane w ramach rekompensaty wojennej, by ponownie zrównali z ziemią Warszawę, by nie zostawili „komunistycznej” cegły nad cegłą, z których odbudowana jest cała Warszawa.

Widmo PRL i tak krążyć po Polsce będzie. Polska zaprzęgnięta do piątego koła kapitalizmu przez przepoczwarzonych polskich kapitalistów co do jednego z dyplomami i tytułami naukowymi wyrobionymi w peerelowskich wyższych uczelniach czołga się w oparach neokolonialnej opresji Zachodnich mocodawców. Na świecie w obliczu blednącej nadziei miliardów ludzi w kapitalizm idea socjalizmu XXI w. stała się wszechogarniająca.

“Koncentracja dochodów i bogactwa na świecie równocześnie z powiększającą się populacją w wykluczeniu i ubóstwie mówi nam, że coś nie tak w tym wszystkim” – oto konstatacja gwiazdy “kapitalizmu przyszłości” J. Rifkina, wyeksponowana w samej Warszawie zaledwie kilka dni temu. “Kapitalizm tak, jak go dzisiaj znamy, wyczerpał swoje możliwości rozwoju”, „is passing, not quickly but inevitably” – pociesza Polaków amerykański guru. Omija szerokim łukiem dialektykę materializmu historycznego i opowiada, że świat ma wejść w eteryczną erę post-kapitalizmu. Broń Boże, tylko nie socjalizm.

PKiN ozdobiący Warszawę, jak żadna inna budowla doczekał się ostatecznej ofensywy ideologicznej prawicy przeciwko polskiemu społeczeństwu i jego tożsamości kulturowej. Zwycięstwo to pyrrusowe.”

Źródło – https://robertocobasavivar.wordpress.com/2017/11/17/palac-kultury-i-nauki-ma-runac-prosba-do-niemiec/ , Fotografie tamże.

.

| | 1 Komentarz

Jeszcze o szczepionkach

 

@ Renia zapodała 11.11.2017 r. – http://forum.dr-kwasniewski.pl/index.php?topic=1252.msg502112#msg502112 link do wywiadu z Dr Jamesem Neuenschwanderem – https://www.youtube.com/watch?time_continue=31&v=wdtn8tvvzJA . Proponuję obejrzeć.

Ciekawy ten wywiad, więc i komentarze też. Polecam dwa:

@ Radomiak pisze:

„Na spokojnie, choć na „wojnie”. W moim odczuciu to jedem z tych lekarzy przez duże L.
Tylko że większość ulega presji, szantażowi,  a w Polsce jeszcze przymusowi.
Ciekaw tylko jestem, jak się czują ci, co wiedzą, co czynią, a czynią.

@ Gavroche pisze:

„Natura ludzka – mechanizm wyparcia.
Tak jak żołnierzy uczą odhumanizowania swoich przeciwników, tak i medbiznesmenów przekonują, że to dla dobra ogółu, choć jednostkom szkodzi.”

.

| | 2 Komentarzy

Kochana mamusia nie żyje

 

„Jakim cudem to wszystko trwało tak długo? Jak to możliwe, że jedna osoba zdołała oszukać całe otoczenie, zmanipulować lekarzy i sterroryzować własne dziecko, by nigdy nie kwestionowało autorytetu matki? – zastanawia się Erin Lee Carr, reżyserka wstrząsającego filmu dokumentalnego HBO „Kochana mamusia nie żyje” opowiadającego o toksycznej relacji łączącej matkę i córkę…”

Wstrząsające. Całośćhttps://www.msn.com/pl-pl/styl-zycia/rodzina/kochana-mamusia-nie-%C5%BCyje-przez-20-lat-nikt-nie-zorientowa%C5%82-si%C4%99-%C5%BCe-matka-zn%C4%99ca-si%C4%99-nad-w%C5%82asn%C4%85-c%C3%B3rk%C4%85/ar-AAsHrxq?ocid=spartanntp#page=1 .

.

Polecam: Krótko o więzi – http://www.stachurska.eu/?p=8459 .

.

| | Dodaj komentarz

Powikłania cukrzycy

.

Dr Jan Kwaśniewski pisze:

„Powikłania cukrzycy.
Mam lat 60. Na cukrzycę chorowałem przez 22 lata. Piszę: chorowałem, bo już od ponad 9 miesięcy nie choruję. W dniu 6 stycznia 1998 r. badanie USG wykazało liczne złogi w pęcherzyku żółciowym. Po 12 latach choroby tabletki zmieniono mi na insulinę. Brałem jej średnio 44 j/dobę, ale występowały duże różnice w poziomie cukru we krwi. W 1996 roku 5 razy zabierano mnie z ulicy do szpitala z powodu niedocukrzenia krwi.

Żywienie optymalne stosuję od 10 miesięcy. Od pierwszego dnia zmniejszyłem dawkę insuliny o połowę, a po 3 tygodniach ją odstawiłem.

Bóle wątroby i trzustki minęły po 2 dniach diety. Wzrok wyraźnie mi się poprawił. Od kilku lat nie czytałem bez okularów, a teraz czytam nawet drobny druk bez okularów. Nogi przestały mnie boleć i mogę chodzić bez bólów.

Wczoraj, dla ciekawości, zrobiłem badanie USG u tego samego lekarza co poprzednio. Okazało się, że w pęcherzyku nie mam już kamieni. Lekarz był bardzo zdziwiony. Wczoraj zrobiłem badanie krwi. Cholesterolu mam 220 mg%, HDL – 94 mg%, a trójglicerydów – 76 mg%. Od lat nie miałem tak dobrych wyników.

Leczyłem się w poradni cukrzycowej. Lekarz, u którego leczyłem się przez ostatnie 10 lat, w ubiegłym roku zmarł na cukrzycę.

Gdy rozpoczynałem dietę, na 5 lekarzy w poradni, 4 wyzwało mnie od oszołomów, a tylko jeden powiedział, że warto spróbować. Tylko on nie pukał się przy tym w głowę.

Panie Doktorze!

Przecież wielu lekarzy widziało chorych wyleczonych z cukrzycy dzięki stosowaniu żywienia optymalnego. Czemu chorzy na cukrzycę nie są leczeni tak, aby z cukrzycy zostali wyleczeni, skoro od dawna przybywa wyleczonych z tej choroby. Co tu jest grane. O co tu chodzi?

W.P.

.

Odpowiedź:
Prawie cały gatunek ludzki jest zdegenerowany, a lekarze wyjątku w nim nie stanowią.

Jeśli człowiek czegoś pojąć nie może, a nawet nie potrafi przeczytać książek, czy innych moich publikacji na temat Diety Optymalnej, zakładając z góry, że moje propozycje są błędne i szkodliwe i jeśli to jest lekarz, to zawsze oznacza, że jest on lekarzem tylko z nazwy, a faktycznie jest groźnym dla społeczeństwa szkodnikiem.

„Obowiązkiem lekarza jest wyleczyć chorego. W jaki sposób to osiągnie, jest rzeczą obojętną” i „lekarzowi nie wolno, bez sprawdzenia, odrzucać żadnej nowej metody leczenia” – pisał ojciec medycyny Hipokrates.

Jeśli lekarz nie umie wyleczyć chorego i nie chce nauczyć się umieć chorego wyleczyć, jeśli nie może zrozumieć o czym piszą byli chorzy w swoich listach do mnie i moich odpowiedzi, jeśli z góry, bez sprawdzenia, odrzuca proponowaną metodę przyczynowego i najtańszego, nieszkodliwego i skutecznego leczenia prawie wszystkich chorób, to znaczy, że jest człowiekiem bezrozumnym i złym. Lekarzem być nie powinien.

Gdy rzemieślnik wymieniający serca na inne, czy wykonujący niepotrzebnie operacje by-passów, marnotrawiący miliony złotych, które wystarczyłyby na wyleczenie dziesiątków tysięcy chorych, zabiera głos na temat, na którym zupełnie się nie zna i straszy ludzi, że Dieta Optymalna jest szkodliwa, to oczywiście ma rację. Jest szkodliwa dla niego, dla innych obcinaczy nóg, wycinaczy żołądków, woreczków żółciowych, trujących ludzi kilogramami leków, w tym insuliną.

W rzeczywistości Żywienie Optymalne jest (może być) najbardziej pożyteczne i dla tych lekarzy, ale oni o tym nie wiedzą, bo wiedzieć nie mogą. Muszą nadal wybierać zło, bo tylko zło wybierać mogą.

Interes niektórych lekarzy jest sprzeczny z interesem ludzi. Interes przemysłu farmaceutycznego jest sprzeczny z interesem ludzi. Dla nich zdrowy człowiek, to stracony człowiek.

Ponieważ mają sposoby przekonujące ludzi, że to, co oni proponują, jest dla ludzi i ludzkości najlepsze, stosują te metody w praktyce, wiedzą jak ogłupić ludzi, zmienić ich w ubogich duchem (ubogi duchem, to inaczej – głupi), w przestraszonych i chorych niewolników, którzy muszą darzyć najwyższym szacunkiem i miłością swych gnębicieli, a nienawidzić innych, w czymkolwiek odmiennych, w wierze, czy poglądach, obyczajach i trybie życia od nich samych, to ludzie chorować muszą, muszą być leczeni tak, aby się ze swych chorób wyleczyć nie mogli.

Ludzie nadal nie wiedzą, co dla nich i dla ludzkości jest dobre, a co złe. I nie będą mogli wiedzieć dopóki nie zapewnią dla swoich mózgów warunków zaopatrzenia, przy których czynność umysłu ludzkiego będzie zdrowa, a ludzie, będą wiedzieli co dobre, a co złe.

Obecna wojna w Kosowie, tak jak zresztą wszystkie inne wojny, jest skutkiem „patologicznej struktury i czynności mózgów ludzkich” (cyt. Aleksandrowicz), spowodowanej błędami w żywieniu.

Na pańskim przykładzie widać, że i z cukrzycy trwającej 22 lata można wyleczyć się po 3 tygodniach, ustrzec się przed operacją kamieni żółciowych, szybko pozbyć się uporczywych bólów wątroby i trzustki, usunąć dolegliwości spowodowane miażdżycą tętnic kończyn dolnych, poprawić sobie wzrok.

Na 5 lekarzy diabetologów tylko 1 radził panu, że warto spróbować. Pozostałych 4 odradzało to panu i pukało się w głowy. Swoje.

Pukanie w puste głowy pomóc nie może. Muszą pozostać puste. Pukanie w puste beczki też nie może ich napełnić. Najlepiej gdy beczki i głowy zostaną napełnione tłuszczem, zwłaszcza tłuszczem zwierzęcym, nasyconym.

Pyta pan, co tu jest grane i o co tu chodzi?.

Tam, gdzie rządzi zamożna głupota, z zasady nie chodzi o nic więcej ponad to, aby głupota nadal rządzić mogła. Oby rządziła niezbyt długo.

Jan Kwaśniewski.”

Źródło – http://dr-kwasniewski.pl/?id=2&news=758 .

.

| | Dodaj komentarz

Piotr Jastrzębski: Od tego się zaczęło

 

Piotr Jastrzębski 15.10.2017 r. pisze:

„Od tego się zaczęło

Minęło blisko cztery lata od kiedy opublikowałem ten reportaż. Prawie wszyscy jego bohaterowie już nie żyją. Rybak, a tak naprawdę Marynarz został zmordowany. Porucznik – prawdziwa ksywka Norbi, po tym jak poderżnął gardło swojemu kompanowi, uciekł za granicę, gdzie sam padł ofiarą jakiegoś podobnego świra i też został zabity. Cała reszta najzwyczajniej się zapiła. Nawet Diabełek – reportażowy Behemot, który wydawał się niezniszczalny. Bo jak inaczej myśleć o kimś, kto w momencie gdy go poznałem – mieszkał już 17 lat na ulicy, codziennie pijąc denaturat.

Jest kilka powodów, dla których, po latach, ponownie publikuję ten tekst – tym razem na FB:

Po pierwsze dlatego, że był on początkiem cyklu felietonów „Z dna”, które zainspirowały mnie do napisania wydanej właśnie książki.

Po drugie spotkałem wczoraj ostatniego – poza mną – żyjącego bohatera tego reportażu.

Artykuł ten, powstał na długo przed terapią i, mimo że napisany w chwili abstynencji, to jednak wróciłem później zarówno do alkoholu jak i narkotyków.
W reportażu zmieniłem imiona, ksywki oraz niektóre detale umożliwiające identyfikację tych osób. Teraz, po ich śmierci nie ma to już znaczenia. Zostawiam jednak tekst w jego pierwotnej wersji.

DYKTA- blues
Nie mają domów, telefonów, rodzin, stałych zasiłków, ani żadnej zapomogi. Nie wydają na jedzenie ani grosza, a wszystkie zarobione, ukradzione, wyżebrane lub w jakikolwiek sposób zdobyte pieniądze przeznaczają na jeden cel – niezbędny do życia – DENATURAT* I to nie w celu stawiania baniek czy dezynfekcji. Tutaj denaturat się pije. To jest chleb powszedni. Codzienny rytuał. Potrzebny jak rybom woda, a ssakom powietrze. Frajerowi nadzieja. A matce głupocie, jej liczna dziatwa – ludzie. Daje siłę, wyrywa z apatii, porywa do działania, by podnieść się z ławki i pójść kombinować pieniądze na kolejny… DENATURAT.

*- (dykta, dinks, wariat, wynalazek, niebieskie szaleństwo, smerfik, jagodzianka na kościach, biała dama, whyski z chemicznego, piszczelówka i jeszcze wiele regionalnych odpowiedników).

3.00 rano – miasto powiatowe na Lubelszczyźnie,
gdzieś na przełomie maja i czerwca

Gdy tylko pierwsze promienie słońca pojawią się na niebie, grupa mężczyzn wychodzi w miasto. Trasa jest stała. Wszędzie tam gdzie młodzież urządza nocne, plenerowe libacje. Cel wyprawy – butelki, pety i co tylko się znajdzie. Przy odrobinie szczęścia można nieźle zarobić.

Jest nas czterech. W zasadzie pięciu, ale jeden – Porucznik zostaje w domu. Jest tak naprany, że nie może o własnych siłach podnieść się z łóżka. Porucznik – dostał taką ksywkę, ponieważ studiował w Wyższej Szkole Oficerskiej. Sesje i egzaminy zaliczał bez problemów, Na ostatnim roku jednak zawalił i jej nie ukończył. Główną przyczyną było rosnące zamiłowanie do rynsztoka. Romantyzm bram, spelunek i budek z piwem – znany w literaturze pod pojęciem turpizm.

Rozpił się. Kilka razy dawano mu szansę, ale on był uparty. Na ulicy jest już od dziewiętnastu lat.

Rozdzielamy się na dwie grupy. Rybak idzie z Magikiem, a ja z Główką. Dzielimy miasto na dwa rejony, żeby nie dublować miejsc. Choć i tak z pewnością spotkamy inne grupy, trudniące się tym samym. Uzbrojeni w specjalne haki do wyciągania zwrotnych butelek z „dzbanów” – kontenery do segregacji szkła, papieru i plastiku. – Moskwa – Pietuszki i Per aspera ad denaturat – rzucił ktoś i w drogę.

Wypity w nocy denaturat powoli zaczyna puszczać i pojawiają się pierwsze oznaki kac-delirki. Trzeba się śpieszyć. Jeśli szybko nie wykombinujemy czterech złotych na butelkę dykty, będziemy zdychać. Idziemy szybko i w milczeniu. Musimy w jak najkrótszym czasie zrobić kilkanaście kilometrów.

– Patrz co znalazłem – konspiracyjnym szeptem mówi do mnie uśmiechnięty „Główka” – prawie cała butelka wódki – Faktycznie. Gdyby nie to, że otwarta można by pomyśleć, że nienaruszona. Zapewne ktoś zdążył tylko odkręcić, a wypić nie dał już rady.

– skąd wiesz, że to nafta, a nie jakiś drzewny wynalazek. Albo, że nie ma tam jakiegoś ścierwa? – zapytałem nieufnie. Będąc dzieckiem z dobrego domu nie jestem przyzwyczajony do dopijania znalezionych płynów i wyjadania resztek ze śmietnika (za kilka dni i na to przyjdzie czas).

– Mam nos, lepszy niż pies, a zresztą już spróbowałem. Ucz się Redaktor (taką dostałem ksywkę z racji zawodu) – dodaje zadowolony. Jego szczera radość i mnie zaczęła się powoli udzielać. Potworny kac i potrzeba szybkiego wprowadzenia do magistrali żylnej, niezbędnej dawki C2H5OH (alkohol etylowy) bierze górę nad odrazą i w końcu łapczywie pociągam z gwinta solidny łyk Soplicy, pozostawionej przez roztargnionych małolatów. Wyśmienity smak. Po kilku tygodniach picia denaturatu, normalna wódka smakuje wybornie. Przelatuje przez gardło jak woda. Czterdzieści kilka procent nie robi już wrażenia.

– Jeśli wódka nazywa się Soplica to powinna mieć przynajmniej „Czterdzieści i cztery” procenty. – zauważyłem filozoficznie – Slogan reklamowy mógłby brzmieć – Uważaj:Tylko Soplicą skutecznie zalejesz Robaka

– A Dziady to my – dodał główka

– Nigdy wcześniej nie sądziłem, że mogę jednym haustem wlać w siebie blisko połowę dużej butelki wódki.

– Może zostawimy trochę chłopakom? – pytam, z nadzieją że zaprzeczy. Zasada jest taka, że dzielimy się wszystkim. Ale gdy podzieli się butelkę na czterech to żaden nawet nie poczuje. Na dwóch to też nie za wiele, tym bardziej, że po takim maratonie tolerancja organizmu na płyny wyskokowe wzrosła do poziomu Himalajów. Z wolna zaczynam odczuwać błogość, wraca siła, a wzrok nabiera ostrości. Zaczyna działać. Główka doszedł do tego samego wniosku i również pociągnął solidnego łyka kończąc butelkę. Nabijamy w lufkę znalezionego peta. Palimy w milczeniu celebrując każdą zaciągniętą chmurę. Wreszcie możemy zająć się szukaniem butelek. Na puszki nie zwracamy uwagi. Zostawiamy
Behemotowi. On codziennie robi obchód po mieście i je wybiera, a następnie sprzedaje na skupie. Dla nas to zbyt wiele zachodu. Nastawiliśmy się na szybki zysk.

Po blisko dwóch godzinach mamy dwadzieścia butelek i pełne kieszenie niedopałków. Czas kierować się na umówione miejsce i zobaczyć co znaleźli Rybak z Magikiem. Miejsce spotkania – nocny sklep na drugim końcu miasta. Jedyne miejsce gdzie o tej porze przyjmą butelki. Każdą ilość. Sklepy nocne są w zasadzie na każdym osiedlu, ale tylko w tym przyjmują butelki. Płacą trochę mniej, ale przynajmniej biorą. Normalnie butelki sprzedaje się po 35 groszy, tu po 25.
Chłopaki są już na miejscu. Znaleźli 34 butelki i dwa złote. Imponujący wynik. Sprzedawca podaje nam przez płot skrzynki i pakujemy butelki. Jedenaście złotych. W tym sklepie jest tylko fioletowy denaturat. Po krótkiej naradzie kupujemy tylko jedna butelkę. O szóstej otwierają sklep, w którym można kupić biały. Wprawdzie jest droższy od fioletowego o 30 groszy, ale lepiej smakuje. Tutaj też trzeba się troche orientować. Biały jest w kilku odmianach. Dziewięćdziesięciopięcio lub dziewięcdziesięcio ośmio procentowy. Z białą lub niebieską zakrętką. Wszystkie po trzy osiemdziesiąt. Trzeba wybierać biały z niebieską nakrętką i oczywiście dziewięćdziesiątkę ósemkę. Ten z białą nakrętką śmierdzi myszami.

Na razie jednak musimy zadowolić się fioletem. Do tego napój cytrynowy za złotówkę. Przechodzimy bez pośpiechu na ławkę. Oczywiście koło śmietnika. Magik wylewa na ziemię część napoju. Akurat tyle, żeby zmieściła się dykta, równo pół litra. Imponująca precyzja. Widać wieloletnią praktykę. Ręce nieźle już mu się telepią. Nie jest w stanie przelać denaturatu do napoju. Biorę od niego obie butelki, wypita wcześniej wódka działa już na dobre. Więc teraz ja mogę wykazać się precyzją i nie uroniwszy, ani kropli mieszam płyny. Bezbarwny napój przybrał barwę fiołków. Trzeba chwilkę zaczekać, żeby się przegryzło. Czekając palimy papierosa. Puszczamy w kółko calaka ze znalezionej paczki.

Fioletowy denaturat ma najgorszy smak, ale przynajmniej mogliśmy pozwolić sobie na napój. A ile razy mieszało się z wodą z kranu, albo piło nierozcieńczony, bo rozcieńczyć nie było czym. Musimy jednak pić z umiarem. Przed nami jeszcze cały dzień pracy. Więc na razie tylko tak, żeby się podleczyć. Na upojenie przyjdzie czas po południu, lub wieczorem. W zależności od szczęścia.

7.00 z minutami, w drodze do Stokrotki

– Idźcie pod czołg. Wystawili towar – zaczepia nas po drodze Behemot. Jeden z bezdomnych. Postać wyjątkowo barwna. Od 17 lat mieszka na ulicy. Wyglądem faktycznie przypomina literackiego Behemota z „Mistrza i Małgorzaty” Bułchakowa. Ze zwykłej gazety potrafi zrobić takiego skręta, że nam tak równiutkie nawet maszynką nie wychodzą. Niewysoki, ale z wielkim sercem. Zawsze i z każdym potrafi się podzielić. Zarówno jedzeniem jak i skrętem czy alkoholem. Charakterystycznym krokiem, z jeszcze bardziej charakterystycznym wózeczkiem przemierza miasto w poszukiwaniu puszek, butelek i każdego żelastwa, które można sprzedać.

Jedzenie nie jest wprawdzie podstawową nasza potrzebą, ale trzeba pójść. Czasami, jeśli uda się trafić jakiś lepszy towar, można próbować spieniężyć. Sprzedać za połowę ceny znajomym. Tym zajmuje się zwykle Magik.

Idziemy więc pod czołg (kontener na śmieci na tyłach jednego z marketów). Na miejscu są już Irek, Fredek, Liliput i Marek.

– Macie coś może – pytają z nadzieją. Wiemy o co im chodzi. To zresztą widać. Kac telepie ich jak cholera. Wyjmujemy z torby butelkę z miksturą i puszczamy w kółko. Roztrzęsione ręce z ledwością trafiają szyjką butelki do ust. Nabijamy lufki znalezionymi petami i chwilę rozmawiamy. Jeżeli ktoś pomyśli, że tematem rozmowy jest denaturat lub jakiś inny alkohol, bardzo by się zdziwił słuchając przez chwilę dyskusji.

– Gdyby był tu z nami Jerofiejew miałby materiał na kolejna książkę – powiedziałem – może nawet wyszło by coś lepszego niż „Moskwa Pietuszki”? Szkoda że Wienia, Wieniczka już umarł.

– Albo Hłasko. – kontynuował Główka

– Wiesz, że pisząc „Pętlę” Hłasko przytoczył sytuację, która wydarzyła się naprawdę – zacząłem popisywać się swoją wiedzą – Kiedy Władysław Broniewski postanowił przestać pić i powiedział o tym jednemu ze znajomych, ten obdzwonił wszystkich, których znał i nieznał puszczając w eter tą informację. Do Broniewskiego zadzwonił więc kolejny kolega gratulując decyzji i życząc wytrwałości. Ledwo odłożył słuchawkę, zadzwonił następny. Po kilkunastu telefonach od zatroskanych przyjaciół, poeta był tak wkurwiony, że wyrwał ze ściany przewód i wysłał Hłaskę po pół litra.

– „Pod Mocnym Aniołem” też jest niezłe – dodał Rybak – ale trochę odrealnione, nie ma tam tego szamba, rynsztoku całej tej kloaki. Tej mrocznej strony chlania. Pilch się starał, ale on jest alkoholikiem z innej półki. Nie zna dinksu.

– Tylko ten, kto poczuł zapach gówna potrafi je sugestywnie opisać – włączył się do rozmowy Marek – Na przykład Nabokow znawca wyczuje fałsz. O piciu prawdziwie pisze tylko pijak, o denaturacie chyba jeszcze nikt nie napisał. Przynajmniej nie czytałem. Ty Redaktor jest nisza. Ogarnij się i machnij jakieś dzieło w fioletowej okładce.

– Ecce homo – mówi ze śmiechem Irek i manifestacyjnie nurkuje w śmietniku. – Nic co ludzkie nie jest mi obce – niesie echo zgłębi kontenera.

– In dinks veritas – dodaje któryś i wszyscy pokładamy się ze śmiechu.

Jeszcze kilka parafraz i trawestacji, typu – Ubi tu denaturato ibi ego dykciarz. Ave dinks mori turi de saluto – podbija wesoła atmosferę.

– Człowiek to już nawet nie brzmi dumie – podsumowuje Główka z gasnącym uśmiechem.

Może nie zawsze, ale często tak właśnie wyglądały nasze rozmowy. Prawie każdy ma dobre wykształcenie. Często powyżej średniego. Główka ma trzy fakultety renomowanej uczelni. Psychologie, teologię i filozofię. Był dyrektorem jednej z większych firm, kilka lat pracował jako nauczyciel. Marek również zajmował wysokie stanowiska. Kilka lat był prezesem dużej spółdzielni. Teraz wszyscy grzebiemy w śmietnikach i utrzymujemy się z butelek zrzutów i strzelania (żebranie w branżowym slangu). Rybak wiele lat temu był marynarzem. Pływał po całym świecie na największych transportowcach. W końcu zajął się rybołówstwem na Bałtyku. Ale zimne to nasze morze i musiał uciekać w głąb Polski.

Czas jednak kończyć rozmowę i sprawdzić co wystawili nam pracownicy marketu. Stokrotka to jedyny sklep, w którym obsługa nie wyrzuca przeterminowanych towarów do śmietnika, tylko ustawia w skrzynkach z tyłu budynku.

Z daleka już widać, że jest sporo. Wystarczy dla wszystkich. Kilka dużych siatek marchwi, cebuli i kilkanaście pęczków rzodkiewki. Kilka ananasów, mango, banany, mandarynki, pomarańcze i jabłka. Lekko nadgniłe, ale się odkroi. Wędliny i kiełbasy – prawie świeże – trzy dni po terminie. I rewelacja – cztery pełne skrzynki kefirów i jogurtów. Wszelkie możliwe smaki. I większość tylko dwa dni po terminie. Dla nas świeżutkie. Jeszcze jakieś pierogi i uszka. Trochę zielonkawe. Nasze żołądki przystosowały się już do zgnilizny i pleśni. Obładowani niesiemy łupy do mojej lodówki. Meta jest wprawdzie u Rybaka, ale tam nie ma prądu, więc i lodówka jest bezużyteczna. Będziemy zabierać ode mnie w miarę potrzeb. Dzisiejszy łup był wyjątkowo udany. Zazwyczaj wybór jest dużo skromniejszy.

Sklep z białą dyktą jest już otwarty. Zostało nam jedenaście złotych. Kupujemy dwie butelki po trzy osiemdziesiąt i dwa napoje cytrynowe po złotówce. Oczywiście kupujemy ten z niebieską zakrętką. Zostało jeden złoty i czterdzieści groszy. Idziemy więc na chwilę na metę do Rybaka trochę odsapnąć, wypić po kilka głębszych, żeby nie dopuścić do telepawki. I chcąc nie chcąc trzeba iść strzelać.

Około 9.00, deptak i parkingi pod marketami
Tym razem wyruszamy w komplecie. Porucznik odzyskał formę i może śmiało iść do pracy. Strzelanie to najzwyklejsze żebry, mniej lub bardziej nachalne. Mało subtelne i wyrafinowane. To bezczelne dopraszanie się o kilka złotych, przypadkowo napotkanych ludzi. Forma w jakiej to zrobimy w dużej mierze zależy od desperacji i stanu upojenia. Wchodząc już na tę ścieżkę, przekracza się wiele barier, własnych granic. Wstydu, dobrego smaku i wychowania. Ambicji i resztek honoru. tym bardziej, że działalność tę prowadzimy w naszym mieście. Niektórzy z nas mają tu rodziny. Robimy więc wstyd nie tylko sobie. Teraz trzeba się upokorzyć, jeśli chcesz pić. A pić chce się ponad to wszystko.

– Księciu, brakuje nam złotówkę – Rybak zaczepił przypadkowego przechodnia – do czego? – zapytał nieznajomy. – Prezesie, nie będe oszukiwał. Jak domyśla się szanowny pan dyrektor jesteśmy trochę wczorajsi. Kac telepie, zaraz trzepnie delirka. Chcemy się podleczyć. Tak szczerze to zbieramy na wino… – odparł Rybak, co oczywiście było kłamstwem, zbieraliśmy bowiem na denaturat. Takie posunięcia są ryzykowne. Z jednej strony, chłop może wzruszyć się pseudo-szczerością i sypnąć porządnym groszem, zdrugiej zaś, skomentuje to czymś w stylu do roboty nieroby. Wolałby być bowiem oszukany i mieć świadomość, że udzielił pomocy bezdomnym na jedzenie i najpotrzebniejsze rzeczy. Czekamy. Pokornie i cierpliwie. Kilkunasto sekundowe oczekiwanie staje się nerwowe – da, czy nie da, do cholery. Szybciej się decyduj facet, bo zaraz padniemy – każdemu z nas chodzi po głowie.

­ – Chodźcie ze mną – godzimy się ochoczo. To dobry znak.

Gdy tylko nieznajomy zniknął za drzwiami sklepu Porucznik mnie instruuje – pamiętaj, nigdy nie strzelaj (żebraj) od ludzi z dziećmi, na rowerze i z psem – to najważniejsze – W drugiej kolejności najlepsze są samochody z rejestracją innego województwa. Najlepsze z mazowieckiego, a konkretnie z Warszawy. Kiedyś udało mi się za jednym strzałem dostać od takiego warszawiaka 70 złotych – kontynuuje wykład Porucznik. – Dobre są z Gdańska, Poznania. A jak piechotą to najlepiej do wesołej młodzieży – przerywa na chwile w zamyśleniu.

– Ale wiesz, te reguły nie są sztywne. Jak nie ma wyboru strzela się każdego i czasami przynosi to jakiś efekt. Raz facet z grupką dzieci, chyba czwórka ich była) dał Główce kilkanaście złotych choć on nawet o nie nie prosił. Gość zobaczył, że grzebie w śmietniku i szuka petów. To wystarczyło, żeby podszedł i wysypał Główce zawartość portfela. Cała garść tego była. Na pewno na jakieś cztery dykty. Ale kazał sobie obiecać, że za te pieniądze kupimy jedzenie. Oczywiście poszły na dyktę i machorę.

– Wasza szczerość wygrała – mówi wskazując na wystające z siatki szyjki dwóch butelek wódki, chyba 0,7l – Ale idę pić z wami.

Ja, Główka, Rybak, Magik, Porucznik i ten nowy – sponsor. Niecałe półtora litra nafty na sześciu…ech, to tyle co nic. Ale troche podratuje, może da się namówić na kolejną – przemknęło nam wszystkim przez głowy. Już na tyle się znamy, że nie musimy głośno wymieniać takich uwag. Doskonale wiemy na których synapsach spotkamy się z identycznym wnioskiem lub planem. Jednym zdaniem rozumiemy się bez słów. Jak to dykciarze po kilkotygodniowym wspólnym denaturowym melanżu.

Nowy kolega, kupił nawet odpowiednie plastikowe kubeczki.

– Mógłby mi ktoś nalać – poprosił – Chlam od trzech dni i ręce mi się telepią – poprosił. Wziąłem butelkę i nalałem pół kubka – tak mniej więcej sto gram. – To jednak cienias jesteś – pomyślałem. Nasze delirki zaczynają się po wielu tygodniach picia denaturatu. Informację tę jednak zostawiłem dla siebie. Choć jestem pewien, że pozostali pomyśleli dokładnie to samo.

­- My z gwinta ­ – zaproponowałem. Pozostali kiwneli głowami z aprobatą. Wzięliśmy więc nową, nieotwartą jeszcze butelkę. Odkręconą puściłem w ruch. Każdy z aptekarską precyzją, wypił odmierzonego łyka, i po jednej rundzie flaszka się skończyła. Nasz sponsor popatrzył z politowaniem. – Wlejcie mi trochę, a resztę wypijcie sami – powiedział smutno. Zapaliliśmy po papierosie, skończyliśmy drugą flaszkę i już mieliśmy odchodzić. A nawet zrobiliśmy kilka kroków w wyznaczonym wcześniej kierunku. Odchodząc jednak Porucznik się do niego zwrócił

– Kolego prawda jest taka, że my chlamy dinks i tak naprawdę, żeby wóda nas ścieła musiałoby jej być bardzo dużo. Teraz jestem z tobą szczery – zaczęliśmy już łapać do czego zmierza – Może poratowałbyś jakimś groszem? Inaczej nie przeżyjemy dzisiejszego dnia – zakończył przemowę i odetchnął. Znowu czekamy w napięciu. Ale zdecydowanie krócej. Facet wyjmuje portfel z tylnej kieszeni i wyciąga dwadzieścia złotych.

– Dzięki – rzucił któryś na odchodne i pomaszerowaliśmy dalej. Teraz naszym celem są dwa markety – Caerrfure i Kaufland. Tam również będziemy strzelać, wybierać pety i co najważniejsze chodzić i wyłudzać wózki z monetą. W tym dobry jest Główka. Nawet gdy się chwiej i ledwo mówi, to często jest w stanie wmówić, że potrzebuje pieniędzy na jedzenie. Bywało, że oprócz wózka czy kilku złotych, zaczepiony człowiek robił mu jeszcze zakupy.

Uzbroiliśmy się w dwie butelki denaturatu (białego z niebieską nakrętką). Któryś ze znajomych odkrył sklep gdzie sprzedają go po trzy piętnaście. Cholera, trzy złote i piętnaście groszy za pół litra czystego spirytusu. Cena konkurencyjna, nawet dla słynących z niskich cen alkoholi z państw byłego ZSRR.

Popijając rozglądamy się uważnie. Trzeba sobie zrobić w głowie jakiś plan. Siedzę pod wejściem i pociągam dyktę. Napój rozkosznie rozlewa się po żyłach. Jakoś dziwnie zmieniają mi się ruchy, inaczej gestykuluję. Wzrok traci ostrość. To podobno normalne objawy przy piciu tego specyfiku. Kłopoty z koordynacją ruchów. Niby wszystkie członki, kończyny, mięśnie i ścięgna działają. Ale jakoś inaczej. Doskonale widzę, że w moich ruchach jest coś nie tak. Nie mogę jednak tego skorygować. Obserwuję innych. Rybak, też dziwnie chodzi. Śmiesznie wysoko podciąga kolana i stawia ogromne kroki. Wygląda jak bocian. Główka zaś idzie tak jakby ciągle skręcał w prawo, mimo że trajektoria jego marszu jest idealnie prosta. Magik i Porucznik zniknęli mi z pola widzenia. Lecz i z nimi coś nie tak. Obserwuję z rozbawieniem i rosnącym zainteresowaniem.

Główka strzela. – Nie moglibyście państwo poratować jakąkolwiek kwotą kilku bezdomnych – zaczepił parę wychodzącą z marketu. – A do roboty obiboki!!! – z pogardą odpowiedział mężczyzna – do uczciwej pracy nieroby, a nie ludzi zaczepiać!!! – facet łapał już fazę i wyraźnie się nakręcał. Postanowiłem ruszyć Główce z odsieczą.

– Czy pan zdaje sobie sprawę jak ciężką pracą jest alkoholizm i żebractwo. Człowiek taki jak pan, z klasą i na poziomie. W całej swojej dyskretnej mądrości, rozważy to pod tym kątem – powiedziałem najmilej jak umiałem, jawnie kpiąc z buraka, którego kolor twarzy zmienił barwę ze świńskojasnoróżowej na zielonkawopupurową

– Macie tu dwa złote – burknął pod nosem.

I jak codziennie udało się w końcu uzbierać wystarczającą ilość gotówki, by we względnym spokoju dotrwać do rana, by móc komfortowo tracić przytomność, a po jej odzyskaniu ponownie szybciutko odlecieć. I tak do świtu. potem znowu butelkowo, zrzuty, strzelanie. Dzień, jak co dzień – rutyna.

Piotr Jastrzębski

Tekst ten nie dotyczy wszystkich bezdomnych. Nie każdy z nich jest alkoholikiem. Nie każdy pije denaturat. Przez dwa miesiące poznając ich życie, spotkałem bardzo wielu niepijących, lub pijących z umiarem. Czystych schludnych i zadbanych. Nieodróżniających się niczym od całej reszty tak zwanego zdrowego społeczeństwa. Pomimo tego, że wielu mieszka w lesie, na klatkach schodowych, obskurnych dworcach lub na przypadkowej ławce, potrafią znaleźć w sobie energię, by pójść w jakiekolwiek miejsce gdzie jest bezpłatna łazienka umyć się i ogolić. Najczęściej jest to market stacja benzynowa lub jakiś urząd. Większość z nich unika miejskich schronisk i noclegowni. Po pierwsze dlatego, że warunki są tam niewiele lepsze niż na dworcu. Chamski i wulgarny personel, traktujący podopiecznych jak podludzi. A przebywający tam lokatorzy często tworzą system hierarchiczno więzienny. Można zostać pobitym, okradzionym, a upokarzanie na każdym kroku to codzienność. Dlatego w mieście gdzie jest kilkudziesięciu bezdomnych, w schronisku mieszka tylko sześciu. Władze więc mogą szczycić się tym, że problem bezdomności w ich mieście nie występuje. Co jest nieprawdą.”

Źródło – https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=1772967779665726&id=100008575633630 .

.

Polecam:

– Książka Piotra Jastrzębskiego: Z dna – http://dkmedia.pl/sklep/?37%2Cz-dna .

– Kilka fragmentów książki – https://www.facebook.com/groups/242873486192743/?ref=br_rs .

.

| | Dodaj komentarz

Rola składników mineralnych w rozwoju miażdżycy

.

Dr Jan Kwaśniewski pisze:

„Rola składników mineralnych w rozwoju miażdżycy (cz. I)

Składniki mineralne pełnią szereg różnych funkcji w organizmie, są między innymi częściami składowymi enzymów. Zapotrzebowanie na składniki mineralne i ich zużycie w organizmie jest tym większe, im organizm otrzymuje w pożywieniu gorsze białka i gorsze paliwa. Im niższa wartość biologiczna spożywanych białek i niższa wartość biologiczna paliw, tym bardziej utrudniona musi być przemiana materii, tym więcej musi zachodzić reakcji chemicznych dla uzyskania zbliżonego rezultatu, tym więcej organizm musi syntetyzować enzymów, więcej zużywać składników mineralnych i witamin jako części składowych tych enzymów, tym więcej w końcu musi tracić niepotrzebnie energii na tzw. przemianę podstawową.

W badaniach na szczurach dieta białkowo-tłuszczowa przy 75% energii w tłuszczach, 20% w białkach i 5% w węglowodanach – spowodowała zmniejszenie zapotrzebowania na białko o 35%, na energię o 34%, na składniki mineralne o 68% i prócz bardziej korzystnych rezultatów we wszystkich badanych parametrach spowodowała zmniejszenie wagi serca o 35%. Wniosek, jeśli chodzi o serce, jest prosty: i

Im lepszą energię otrzymuje serce (głównie związki fosforowe), tym jest mniejsze.

Już Pliniusz wiedział, że zwierzęta drapieżne – serca mają małe, a serca duże mają zwierzęta ociężałe, trawożerne – gnuśne i tępe. Im lepsze źródła energii dla serca – tym mniejsza waga serca i wyższa jego sprawność. Szczury karmione białkiem o najwyższej jakości (jajka, ser) i tłuszczami o najwyższej wartości (masło, smalec) – potrzebują znacznie mniej energii, białka i składników mineralnych, ponieważ w ich organizmach przemiana materii jest znacznie bardziej sprawna, i to przy zużyciu mniejszej ilości energii, białka i składników mineralnych. Podobnie jest u człowieka.
Natomiast szczury karmione dietą mieszaną opartą na wartościowym białku, ale przy zawartości energii 40% w tłuszczach też wartościowych biologicznie i 40% w węglowodanach – we wszystkich badanych parametrach wykazywały najgorsze rezultaty nawet w stosunku szczurów na diecie hodowlanej. Miały największą wagę serca przy najmniejszej jego sprawności i zużyciu składników mineralnych, większym niż u szczurów na diecie białkowo-tłuszczowej, ale wyraźniej mniejsze w stosunku do szczurów na diecie hodowlanej.

I co się okazuje, że w diecie hodowlanej jest ogromna ilość popiołów ze składników mineralnych, a mimo to, szczury na diecie hodowlanej potrzebowały dużo, dużo więcej składników mineralnych, spożywały wodę z rozcieńczonymi minerałami w znacznie większej ilości, niż przy Żywieniu Optymalnym (®).

Częstość miażdżycy w USA była najmniejsza w miastach posiadających najbardziej twardą wodę. Podobnie stwierdzono mniej miażdżycy u ludzi mieszkających w miastach z twardą wodą w USA, Anglii, Japonii i znacznie większą ilość zachorowań na miażdżycę w miastach z miękką wodą. ii

Niektórzy nie znajdowali zależności między twardością wody, a umieralnością na choroby serca i nowotwory. iii

Twarda woda, a szczególnie nadmiar magnezu, chroni przed miażdżycą ludzi na diecie miażdżycorodnej na drodze zwiększania ilości glukozy spalanej w cyklu heksozowym. Ale z kolei nadmiar magnezu będzie powodował możliwość wystąpienia zachorowania na gościec postępujący, stwardnienie rozsiane, nowotwory złośliwe i inne choroby tzw. pastwiskowe.

Magnez podawany w nadmiarze zapobiega u szczurów powstawaniu miażdżycy, właśnie przez to, że cukier jest spalany w szlaku heksozowym. Natomiast niedobór magnezu u szczurów powoduje nacieczenie tłuszczowe błony wewnętrznej tętnic i miażdżycę iv, i martwicę mięśnia sercowego. v

Stwierdzono, że im wyższy poziom magnezu, tym niższy cholesterolu. vi
Podawanie magnezu u ludzi po operacjach i porodach powoduje znacznie zmniejszenie liczby spraw zakrzepowych oraz brak zakrzepów o przebiegu ciężkim vii

To jest oczywiste, bo przy tej samej ilości węglowodanów we krwi duży nadmiar magnezu wymusza spalanie glukozy, czyli nie powoduje zakrzepów, zatorów, produkcji trójglicerydów i cholesterolu, a niedobór magnezu oczywiście wymusza przetwarzanie glukozy na trójglicerydy i cholesterol, ponieważ przy przetwarzaniu glukozy w szlaku pentozowym magnezu potrzeba ponad 2 razy mniej, niż przy jej spalaniu.

We wszystkich stanach chorobowych, w których skład diety wymusza na ustroju spalanie prawie w całości glukozy w cyklu heksozowym występuje hipermagnezemia, (tj. gościec postępujący viii,

choroba Raynauda, sklerodermia, choroba Bürgera, choroba Bechterewa, białaczki, stwardnienie rozsiane i stwardnienie boczne zanikowe), czyli ci ludzie (z dużym magnezem) chorują na te choroby, ale nie chorują na miażdżycę, ponieważ właśnie w taki sposób się żywią. Duży poziom magnezu we krwi mają dlatego, że go dużo pobierają w pożywieniu, bo go dużo potrzeba.”

Źródło – http://dr-kwasniewski.pl/?id=2&news=444 .

.

„Rola składników mineralnych w rozwoju miażdżycy (cz. II)

Znaleziono niższy poziom magnezu u zmarłych z powodu zakrzepu wieńcowego lub zmian zwyrodnieniowych mięśnia serca. Co to znaczy? To znaczy, że jak jest mało magnezu to jest dowód na to, że podawana glukoza musi iść w szlaku pentozowym: przerabiana na trójglicerydy, następnie na cholesterol i wtedy występuje ta wzmożona krzepliwość krwi.

Nadmiar wapnia w diecie z kolei sprzyja rozwojowi miażdżycy, przez zwiększenie ilości glukozy przetwarzanej w cyklu pentozowym. Podobnie witamina D na tej samej drodze sprzyja rozwojowi miażdżycy. Znaleziono wysoką dodatnią korelację między chorobą wieńcową a spożyciem wit. D. i

Pewną rolę w rozwoju miażdżycy odgrywa witamina C. U człowieka znajduje się w najwyższym stężeniu w nadnerczach, gdzie łącznie z cholesterolem jest budulcem dla syntezy hormonów sterydowych ii, które z kolei działają miażdżycorodnie. Stąd skład diety i inne czynniki zwiększające wytwarzanie hormonów sterydowych będą zwiększały zużycie witaminy C. Dodatek witaminy C u chorych z miażdżycą zwiększa poziom cholesterolu w surowicy krwi. iii Czyli nie zawsze witamina C jest dobra, ponieważ może działać miażdżycorodnie, właśnie na tej drodze wzmożonej syntezy hormonów sterydowych, które same działają miażdżycorodnie.

Leczenie hormonem ACTH (hormon przysadki, pobudzający wytwarzanie hormonów sterydowych nadnerczy) powoduje często niedobór C z objawami skazy krwotocznej. iv (bo witamina C nie podawana w nadmiarze jest szybko zużywana na produkcję tych hormonów sterydowych).

U chorych na miażdżycę (szczególnie kończyn z owrzodzeniami) występuje niedobór witaminy C. v

Witamina C działa różnie na poziom cholesterolu we krwi, u ludzi bez miażdżycy – obniża poziom cholesterolu, u ludzi z wysokim poziomem cholesterolu – nie obniża go, z prawidłowym poziomem cholesterolu witamina C – też nie obniża cholesterolu.

Rola hormonów i leków w rozwoju miażdżycy

Hormony i niektóre leki wpływają również na zwiększenie lub zmniejszenie ilości glukozy przetwarzanej w cyklu pentozowym i na tej drodze wpływają na rozwój miażdżycy.

Po ACTH i enkortonie – zwiększa się ilość powikłań zakrzepowych i zatorowych vi,
hormon prednisolon – powoduje wzrost krzepliwości krwi i obniżenie aktywności fibrynolitycznej vii, czyli więcej zakrzepów i zatorów.

Enkorton – zwiększa poziom cholesterolu i lipidów, szczególnie trójglicerydów we krwi. viii

Naparstnica (leki nasercowe) – powoduje wzrost krzepliwości krwi, zakrzepy, zatory, ma działanie estrogenowe, co też dodatkowo podwyższa poziom cholesterolu i trójglicerydów, zmniejsza tolerancję glukozy, powoduje większą śmiertelność z powodu chorób naczyń mózgu i serca. ix

Przy szczególnie miażdżycorodnym składzie diety występują:

Zaburzenia hormonalne u mężczyzn i kobiet, powodujące nawet niepłodność,
Wpływające na psychikę w kierunku niechęci do posiadania potomstwa,
Brak pokarmu u matek,

co było często przyczyną wymierania klas panujących w różnych okresach historycznych narodów.

Jeśli zahamowano estrogenami laktację (wydzielanie mleka) u matki, powodowało to 10 razy częstsze występowanie powikłań zakrzepowo-zatorowych. x

Leki antykoncepcyjne wytwarzane przez sam organizm na diecie miażdżycorodnej, jeśli są podawane, powodują:

Wzrost lipidów w surowicy xi, xii

Wzrost poziomu trójglicerydów i cholesterolu xiii

Występowanie patologicznej krzywej cukrowej xiv

Nietolerancję węglowodanów xv

Częstsze występowanie autoprzeciwciał i czynnika reumatoidalnego xvi, (czyli wywołują „wojnę” między narządami organizmu.

Zwiększają częstość zakrzepowego zapalenia żył, zatorów tętnic mózgu i zawałów xvii

Zwiększają częstość zatorów płucnych xviii

Zwiększają częstość udarów 3 razy, skojarzone z nadciśnieniem 6,9 razy, a z paleniem papierosów lub migreną – 2 razy częściej występują udary mózgowe u kobiet biorących stosujących antykoncepcyjne xix

Oczywiście obecne środki antykoncepcyjne mają mniej szkodliwe działanie, niż wcześniej stosowane, ale wieleset tysięcy kobiet wymarło właśnie z powodu ich stosowania.

(cdn.)”

Źródło – http://dr-kwasniewski.pl/?id=2&news=459 .

.

| | Dodaj komentarz

Erich Fromm się kłania

 

Jarosław Klebaniuk 31.10.2017 r. pisze:

„„Głód i przymus nie mogą stanowić warunku zaistnienia aktywności produktywnej. Na odwrót – wolność, ekonomiczne bezpieczeństwo i taka organizacja społeczeństwa, w którym praca może stanowić sensowny wyraz zdolności ludzkich, to czynniki sprzyjające naturalnej tendencji człowieka do produktywnego wykorzystania swoich mocy”.

Erich Fromm”

Źródło – https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=10214059951833576&id=1255251940 .

.

| | Dodaj komentarz

Zdrowa i nauka przychodzi jej z łatwością

 

Na FB na stronie Dieta Optymalna, Kwaśniewskiego, Optymalni – https://www.facebook.com/groups/137985096222891/permalink/1576788132342573/ – w komentarzach:

Gosia Borowska 01.11.2017 r. pisze:

„Mam przyjaciółkę, która 18 lat temu przeszła na ŻO z powodu zagrożonej ciąży. Ktoś wtedy dał jej książkę doktora do przeczytania. 🍀

Po dwóch tygodniach stosowania żywienia wyniki były idealne, dziecko po urodzeniu dostało 10 pkt. Do dnia dzisiejszego dziecko, a właściwie już dorosła panna nie zachorowała na żadną chorobę, włącznie z przeziębieniem i jest optymalna samoistnie, bo nigdy nie chciała jeść inaczej.

Dodam jeszcze, że jest bardzo zdolna, a nauka przychodzi jej z łatwością 😄😄”

.

| | 5 Komentarzy

Płaczę

 

Piotr Ikonowicz 01.11.2014 pisze:

„Płaczę

Coraz bardziej bezmięsne parówki. Coraz tańsze. Trzy w cenie dwóch. I musztarda w promocji. To już nie rynek konsumenta tylko survival. Dla bezdomnych nie bardzo przeterminowane produkty. Człowiek głodny zje, bo to za darmo, dar serca. Dar Polsatu. Tylko biedne dzieci drobiazgowo sprawdzają daty produkcji. Prezydent Nowej Soli ufundował 17 obiadów dla dzieci z ubogich rodzin w jadłodajni Brata Alberta. Po 1.50 zł. sztuka. Zawstydzeni kamerzyści odwracają wzrok i kręcą uroczystość wręczenia. Diabelski młyn to znak radości. Bije łuna ku czci na przekór Pałacowi Kultury i Nauki. W mieszkaniu Agnieszki płoną świeczki. Bo ogrzewanie było na prąd, a prąd jest drogi, zasiłki niskie, a mąż zmarł. A ona potknęła się na schodach niosąc ciężkie paczki w pracy i złamała nogę w kolanie. Nie miała umowy, odszkodowanie się nie należy. Za ogrzewanie mieszkania zimą należy się siedem tysięcy.

Spiker w tv dziękuje za obejrzenie bloku reklamowego. To dla was biedni Polacy. Może się zdarzyć, że ufundujemy komuś jakąś operację albo przeszczep. I napiszą o tym gazety, jak o byłym, premierze, który odwiedził matkę szóstki dzieci, bo miała mało, to jej trochę dał.

Sąsiedzi wyglądają ciekawie z okien, zza firanek. Na podwórzu wóz meblowy, policja. Zaraz ich wyrzucą. Trzeba było płacić. My płacimy. Co z tego że płaczą. Było tyle nie rodzić. Deszcz pada na meble, kobieta machinalnie wyciera je szmatką, która już dawno jest mokra.

Na rynku nieruchomości zastój. Za to wiele mieszkań sprzedaje się z lokatorami. To dobra lokata i jeszcze lepszy zarobek. Wystarczy się ich pozbyć, żeby zwiększyć cenę mieszkania, domu. Tam gdzie jest podaż jest i popyt. Nic osobistego. Rynek.

Już co druga rodzina w Polsce może sobie pozwolić, żeby raz do roku pójść do restauracji. Jesteśmy szóstą gospodarką Unii Europejskiej. Prezydent zachęca inne narody europejskie do dzielności. Niech biorą przykład z Polaków.

Kinga z Pragi jeździ codziennie na Dworzec Gdański i sprzedaje stare tygodniki. Kupują je inteligenci z Żoliborza. Zubożali, ale spragnieni wiadomości, jakichś lepszych może. Na pobliskim Marymoncie w latach 20-tych wynajęcie dołu kloacznego w celach mieszkalnych kosztowało 20 zł miesięcznie. Więc socjaliści zbudowali „szklane domy” – Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową. Dziś stoi tam starsza pani i sprzedaje chrzan. Musi go dużo sprzedać, bo nie chce trafić do kontenera.

Chcieliście Polski no to ją macie!
(skumbrie w tomacie pstrąg)”

Źródło – https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=288573234666770&id=121066958084066 .

.

| | 2 Komentarzy

O lewicowym antykomunizmie

 

Radosław S. Czarnecki pisze:

„Demokracja nie jest kwestią
celowości, lecz obyczajowości.
Willy BRANDT

Przemysław Wielgosz (LE MONDE DIPLOMATIQUE, lipiec 2017) zauważył celnie, że „……nie ma lewicowego antykomunizmu, a antykomunizm liberałów zawsze wyląduje w sąsiedztwie skrajnej prawicy”. Do tej smutnej, acz realistycznie brzmiącej sentencji dodać wypada jedynie, iż każda doktryna, ideologia czy teoria zaczynająca swą narrację od anty- prędzej czy później skieruje swą nienawiść i agresję przeciwko ludziom. INNYM ludziom. Bezrefleksyjność i emocjonalność takiej reakcji i retoryki – ale na poziomie popularnej „piaskownicy” (czyli emocje infantylne, dziecinne i wyrażane na podstawie zmysłowych wrażeń, nie na podstawie krytycznej refleksji i zastanowienia popartej wykładnią oraz znaczeniem stanowionego prawa) – prowadzić muszą do zaskakujących wniosków i spostrzeżeń. Na pewno negujących ewolucyjność naszej rzeczywistości, jej przygodność i przypadkowość, a z drugiej strony – kastrujących wielopłaszczyznowość ludzkiej osoby, różnorakość budowy jej konstrukcji psycho-osobowej, powodując zero-jedynkowe spojrzenie na świat i ludzi. Sprzyja taki proces życzeniowemu spojrzeniu na otaczającą nas rzeczywistość – jak mawiał Wańkowicz: rządzi nami „chciejstwo” (co w wielu dziedzinach ludzkiej aktywności np. polityce czy biznesie jest cechą dyskwalifikującą) – prowadząc do infantylizacji, irracjonalizmu i afektywnego, niezrównoważonego, niekoherentnego z racjami rozumu spojrzenia na orbis terrarum.

Natknąłem się w sieci nie dawno na stwierdzenie próbujące grać rolę poważnej i pogłębionej analizy (wiele w Internecie jest pospolitego „chłamu”, ale ta teza uderzyła mnie wybitnie swoją „odlotowością” i pląsami myśli Autora po dalekich opłotkach racjonalności czy pospolicie rozumianego rozsądku), że dzisiejsze rządy Prawa i Sprawiedliwości są bezpośrednim efektem …… stanu wojennego. Autor definiujący siebie jako „lewicowy antykomunista” z przekonaniem afiszując się z tak postawioną tezą stawia siebie obok ultra-prawicowych gremiów nie tylko w PiS-e ale bliskich ONR-owi czy Marianowi Kowalskiemu. Owa rzekoma zmowa elit schyłkowej Polski Ludowej i części tzw. „różowych” (czyli KOR-u i doradców pierwszej >Solidarności< ) miałaby na celu „przetrącenie kręgosłupa” zdrowego, robotniczego i bezkrytycznie afirmowanego nurtu w pierwszej >S< . Na potwierdzenie tych rewelacji przytacza wypowiedzi szanowanych osób z kręgu opozycji z czasów PRL – Karola Modzelewskiego i Józefa Piniora – o innym charakterze związku reaktywowanego pod koniec lat 80-tych XX wieku (choć tu moim zdaniem posuwa się, delikatnie mówiąc, do manipulacji, tendencyjności i wybiórczości mających potwierdzić jego karkołomną tezę). Także pozycja w pierwszym rządzie III RP (niekomunistycznym jak powszechnie mówi mainstream) Leszka Balcerowicza, reformy wedle recept neoliberalnej szkoły „Chicago Boy’s” i wszystko co po tym się wydarzyło są wedle takiego mniemania logicznym, w jakimś sensie zaplanowanym i kontrolowanym procesem, obliczonym na wyraźnie określony efekt.

I nie pomogą żadne zaklęcia Autora – przed i po opublikowaniu tekstu – iż jest on zdecydowanym przeciwnikiem tzw. spiskowej teorii dziejów. Jest to logiczny i konsekwentny ciąg przyczynowo-skutkowy zachodzący w świadomości osoby stawiającej taką tezę jak również potwierdzenie zacytowanej na wstępie tekstu sentencji Przemysława Wielgosza.

Czy manicheizm w swej istocie (a takie widzenie rzeczywistości na zasadzie jedynie skrajnie opozycyjnych stanowisk – zło : dobro, ciemność : światło, prawda : oszustwo stanowią genezę tak postawionej tezy) jest możliwy do połączenia z oświeceniowym, a tym samym racjonalnym, lewicowym, humanistycznym widzeniem świata i człowieka ? Trzeba zauważyć, iż taki opis świata i człowieka jest de facto narracją religijną, więc – mityczną, irrealną, mitomańską, iluzoryczną i urojoną.

Nie będę powtarzał frazy o przygodności i przypadkowości działalności człowieka zwanej polityką. Wynika to przede wszystkim z wielopłaszczyznowości geopolityki i stosunków międzynarodowych, o dynamice zjawisk społecznych w wymiarze masowym – których w żadnym stopniu nie sposób przewidzieć – nawet nie wspominając. Nikt w 1980-81 roku nie mógł przewidzieć kolapsu ZSRR, rozwoju sytuacji politycznej, społecznej i wewnątrzpartyjnej w Kraju Rad. O tym świadczą zarówno zaskoczenie jakie wywołała dynamika i postępy procesu rozpadu Imperium Radzieckiego w zachodnim establishmencie politycznym, jak i niezmienna wysokość nakładów na instytuty czy placówki różnej proweniencji w krajach Zachodu zajmujących się szeroko rozumianą sowietologią. W tym miejsce warto tylko przypomnieć intelektualny klimat panujący w elitach władzy Zachodu dotyczący przebudowy struktur państwowych i społeczeństw wedle neoliberalnych dogmatów. Autor owego humbugu, o którym mowa, łaskawie przypomina o tym fakcie ale dokonuje go z pozycji właśnie tzw. „lewicowego antykomunizmu”, a de facto – anty-peerelizmu nie biorąc absolutnie pod uwagę ówczesnej sytuacji międzynarodowej, uwarunkowań europejskich i ustalonego porządku pojałtańskiego. Subiektywne namiętności i niekontrolowane racjonalnie emocje nastawione nie na obiektywizm, a na owo anty- (podobnie jak to ma miejsce u ultra prawicowców – intelektualne podglebie jest tu tożsame) uosabiające stan wojenny jako clou najgorszych cech PRL, nieuchronność systemową i sataniczną złowrogość tzw. „komunistów” prowadzą Autora na wyraźne pozycje manichejsko-religijne. A Polska Ludowa zwłaszcza w ostatnim okresie swego istnienia nie miała z ortodoksją „komunistyczną” wiele wspólnego. Stwierdza to wielu znawców problemu: Werblan, Łagowski, Walicki, Jedlicki, Modzelewski itd.

I to moim zdaniem, nie jakaś zmowa elit (krążąca swym ideowym przesłaniem wokoło spiskowych teorii), była główną przyczyną wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Nie zmowa o której tu już wspomniano, ale owa przygodność i przypadkowość wynikająca z takiego (a nie innego) rozwoju sytuacji wewnątrz kraju jak i w skali międzynarodowej, jak również przewidywanie możliwego (pesymistycznego) rozwoju sytuacji.

Polska AD 1980-81 (i potem przez kolejną dekadę) była (i jest) podzielona symetrycznie i głęboko, a owa dychotomia swymi korzeniami sięga dalej niż PRL, II RP, bo do czasów przed- i rozbiorowych. Poza tym, nie prawdą jest głoszona teza przez post-solidarnościowe elity dziś nobilitujące się na główne siły opozycyjne lat 70-80 o swych szerokich i rozległych wpływach społecznych. Cała narracja ówczesnej „Solidarności” i post-solidarnościowa po 1989 roku przedstawiała, i czyni tak dziś, tę polaryzację naiwnie, życzeniowo, w sposób reklamiarsko-propagandowy. Oto z jednej strony stoi „zdrowy, oparty o robotniczy trzon i znój pracy rolników indywidualnych” prawdziwy naród polski (z papieżem na czele i Lechem Wałęsą, wraz z symboliką i mitami wiązanym z tymi osobami), a z drugiej – zdrajcy, komuniści, homo-sovieticusy, „ubecy” i inna tego typu „swołocz”. Czyli – jing vs jang, biel kontra czerń, anielskość przeciw satanizmowi. I ten podział – z grubsza – prezentowany jest także dzisiaj, choć nie odpowiada on absolutnie (tak jak i wtedy) zasadniczym podziałom, interesom i stratyfikacji klasowej. I chodzi tu zarówno o wagę ilościową jak i argumentację. Ponieważ PRL była krajem nie-demokratycznym, rządzonym autorytarnie (mniej lub bardziej w różnych okresach po 1956 roku) w sensie demo-liberalnych kanonów cywilizacji zachodniej obie strony owego starcia siłą rzeczy musiały zbierać pod swoje sztandary różne opcje (często „od Sasa do lasa”). I tu i tam byli post-endecy, tu i tam byli zwolennicy socjalizmu w stylu PPS-owskim, tu i tam byli narodowcy i nacjonaliści. Tu i tam zakorzenili się osobnicy o mentalności jakobińsko-bolszewickiej – jak w każdym ruchu masowym przyciągającym różne indywidua. Także zarówno w PZPR jak i „Solidarności” byli tzw. pro-państwowcy, próbujący w tym zamieszaniu i napięciu hamować radykałów i „oszołomów” mając na uwadze przede wszystkim „publico bono” (bo Polska Ludowa była – wbrew temu co mówią dzisiejsze elity POPiS-owskie – państwem polskim) itd. itp. Jakakolwiek idealizacja czy bezkrytyczna apoteoza (i vice versa – totalne potępienie) któregokolwiek elementu składowego w obu blokach (robotników zaangażowanych w >S< i w tzw. aktyw partyjny, „patriotów” z Grunwaldu czy KPN-u, naukowców i autorytety zgromadzonych wokoło Komisji Krajowej czy tworzących różnego rodzaju rady konsultacyjne przy naczelnych organach władzy Polski Ludowej itd.) prowadzi na manowce, idealizuje, heroizuje z jednej i deprecjonuje, poniża, opluwa z drugiej strony całość najnowszych dziejów naszego kraju. Jest irracjonalna i szkodliwa tak dla tkanki społecznej jak i dla istoty państwa, jego bytu i przyszłości. Tworzy kolejne mity, legendy i „trupy w szafach” nadwiślańskiej świadomości. Rozbudowuje polskie romantyczne imaginarium o kolejne, nieprawdziwe apokryfy, będące mimochodem genezą następnych legend, tromtadrackich opowieści, heroicznych mitów i tabunów kombatantów (kiedy rzeczywista grupa aktywnych „na prawdę” opozycjonistów sięgała wówczas – jak mówi wielu autentycznych działaczy podziemia – co najwyżej kilku tysięcy osób). Owo chciejstwo i dogmatyzm w stylu zero-jedynkowym z przeszłości dziś triumfują w rządach kolejnych klonów >Solidarności< w osobach panów Śniadków, Jurgielów, Szyszek, Piotrowiczów, Waszczykowskich, Jakich, Pięt, Brudzińskich, Tarczyńskich, Suskich itp. „jenotów” polskiej polityki.

A co w takim razie z antysemityzmem i post-endekoidalnymi ideami, które funkcjonowały nie tylko na obrzeżach Partii (vide Zjednoczenie Patriotyczne >Grunwald< ), ale i >Solidarności< (wstydliwie się współcześnie nie wspomina wytupania i wyklaskania w Oliwii Jana Józefa Lipskiego i Aleksandra Małachowskiego) ? A jak to w takim razie jest drogi Autorze krytykowanej tu frazy, mój szanowny oponencie, iż działaczem >S< mógł być Janusz Waluś, rasista, biały suprematysta i de facto faszysta, antykomunista klasyczny, zabójca Chrisa Haniego, w RPA, odsiadujący wyrok dożywotniego więzienia za ten czyn, ostatni jak głosi narodowo-prawdziwa część polskiego spectrum politycznego, żołnierz wyklęty ?

Jeśli więc uprawniony jest wniosek, iż stan wojenny jest ojcem dzisiejszej sytuacji (pewnie w jakimś sensie tak, ale gdzie w takim razie przygodność, gdzie okazjonalność, incydentalność) w jakiej ugrzęzła polska demokracja pod rządami PiS-u to „per analogiam” jasno trzeba sobie powiedzieć, idąc tropem myśli Autora, iż źródła marszów ONR-owców i tzw. narodowców tkwią w >Solidarności< AD’1980-81, która ponad miarę fetyszyzowała tzw. wartości narodowe wedle XIX-wiecznego sznytu oraz klerykalizowała przestrzeń publiczną w sposób perfidny, w stylu którego by się nie powstydziły „ciemnota”, filisterstwo czy obskurantyzm rodem z Kontrreformacji. Efekty formalne i jurydyczne tego zjawiska to m.in. sposób i forma wprowadzenia religii do szkół, ustawa dotycząca przerywania ciąży czy styl podpisania i wejścia w życie konkordatu.

Dokładnie wiadomym jest, iż źródłem wielu polskich nieszczęść jest ta romantyczna, idealistyczna, połączona z klerykalizmem i ludowo-manifestacyjną (czyli bezrefleksyjną) pobożnością, wykładnia polityki, historii, socjologii itd. Jak mówi celnie sentencja Józefa Szujskiego: „Fałszywa historia, mistrzynią fałszywej polityki”. A wiemy (za Josephem Campbellem) jednocześnie, iż mity to społeczne sny, a sny z kolei są mitami personalnymi.

Na koniec warto jeszcze tylko zwrócić uwagę na to, iż to byt określa świadomość i że ten byt definiujemy zarówno w wymiarze materialnym jak i intelektualno-świadomościowym (oczywiście jest to kolejny przykład działania zasady sprzężenia zwrotnego). Sfera intelektualno-świadomościowa nadwiślańskiego ludu, lechickiego plemienia jaka jest (jak z „koniem Tyma”) każdy widzi. I tą sentencją chciałbym podsumować niewątpliwie oryginalny, o niezwykle karkołomnej paraboli intelektualnej, materiał Kolegi lewicowca-antykomunisty otwierający pola dla kolejnych fantazmatycznych popisów nadwiślańskiego, prawdziwie patriotyczno-polskiego, lewicowo-antykomunistycznie nastawionego, imaginarium.”

Źródło – http://www.lewica.pl/blog/czarnecki/31671/ .

.

| | Dodaj komentarz