Zanim wyślesz

 

Piotr Jastrzebski 15.08.2017 r. o 05:41 pisze:

„Serdecznie dziękuję Wam wszystkim, za życzenia urodzinowe. Nie spodziewalem się ich, aż tylu. To bardzo, naprawdę bardzo miłe, że tak wiele osób (z tymi na pirivie to ze cztery setki) zadało sobie trud, by napisać tych kilka miłych słów.

Dziękuję Wam bardzo. Chcialbym się też podzielić pewną refleksją, zwrócił na to uwagę Roman Kurkiewicz, że życzenia mają pewne niuanse. Nie każdy o tym wie i, nie każdy zapewne tę dyskusję przeczytał. Dlatego o tym napiszę.

Takim jak ja, nalogowcom, alkoholikom, którzy publicznie przyznają się do swojej choroby walki, ktorą z nią toczą, nie powinno się składać życzeń z jakimkolwiek podtekstem alkoholowym w tle. Zdjęciem kufli, butelek, szampanów czy radosnych życzeń z procentami.

Może to wywołać reakcję łańcuchową i w efekcie doprowadzić do głodu. To proces, ktory czasem trwa ułamek sekundy, skojarzenie, impuls i jubilat ma problem, który może się dla niego źle skończyć, nawet kilka, kilkanascie lub kilkadziesiąt dni później.

Jeśli jest tego świadom, pół biedy – ma szansę się z tym uporać. Gorzej, jeśli tej swiadomości nie ma.

Sam głód może objawić się w najróżniejszej postaci i sprowokować do picia nawet gdy wszyscy – włącznie z zainteresowanym – zapomną, że ten ktoś kiedykolwiek miał urodziny.

Ot, zacznie się od nostalgicznego wspomnienia, które wydaje się niegroźne, by przerodzić się w robala drenującego mózg, natrętcwo i wizytę w pierwszym monopolowym.

Jestem trochę bezpieczniejszy, zaszyty i świadomy, ponieważ dogłębnie poznałem (na sobie) ten mechanizm. Nie każdy jednak miał tę możliwość. Możliwość kompleksowej terapii z pełnym wyjaśnieniem tegoż procesu. Gdy się go później przykłada – jak szablon – do wlasnych wpadek, potknięć i przerwania abstynencji. Pasuje jak cholera.

Nie użalam się tu nad składanymi mi życzeniami, bo płynęły z serca i, tak czy inaczej były miłe, powodowały radość i uśmiech. Ale jak już wspomniałem jestem bezpieczniejszy niż inni, bo wszywka, świadomość i motywacja tak silna, że trudno ją zignorować.

Ale nawet to nie czyni mnie supermenem oporu nałogowca przed własną chorobą.
Bo w tej chorobie nie ma, ani silnej woli, ani supermenow, ani nawet bohaterów na miarę Tolka Banana.

Piszę to, byście zwracali uwagę na takie drobiazgi. Przecież nie napiszecie dziewięćdziesięcio dziewiecio letniemu człowiekowi – sto lat. A to jest dokladnie to samo. Życząc trzeźwemu alkoholikowi szampanskiej imprezy do rana, życzymy mu śmierci.

No i się rozpisałem, a miałem tylko podziękować. Pomimo wszystko dziekuję bardzo za każde życzenia.

A post jest jedynie moją refleksją, ktorą wrzucam pod uwagę przy kolejnym jubilacie.”

Źródło – https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=1745721012390403&id=100008575633630&pnref=story .

.

| | 1 Komentarz

Letni bigosik

 

Dostałam mailem – Bożena Bąk:

„Od dłuższego czasu ” chodził”  za mną smak z dzieciństwa. Mamusia latem często robiła młodą kapustę na wiele różnych sposobów i nigdy smak nie był taki sam.
Pomyślałam sobie że jak mam parówki i białą kapustę, to już jest coś na dobry początek. Potem dodałam TO i OWO :)

Jestem ciekawa czy będzie Wam smakował mój letni bigosik :)

A może dodacie coś swojego i znowu będzie miał inny smak? Namawiam gorąco!

Składniki:

1.  Biała kapusta – 1100 g
2.  Smalec i skwarki ze stopionej słoniny – 140 g
3.  Papryka czerwona – 140 g
4.  Pomidor – 220 g
5.  Kiełbasa parówkowa – 500 g
6.  Boczek wędzony – 200 g
7.  Kiełbasa wiejska – 200 g
8.  Kolagen – 80 g
9.  Koperek świeży – 1/2 pęczka
10.  Ocet z wina białego ( akurat taki miałam, może być inny) – 1 duża łyżka

A zrobiłam tak:

Kapustę pokroiłam  na średnią kostkę, zalałam wodą  i zagotowałam. Odlałam wodę i kapustę przełożyłam na głęboką patelnię. Dodałam smalec, pokrojoną paprykę i pomidory i dusiłam na wolnym ogniu, często mieszając i podlewając wywarem z kości. Dodałam kolagen ( mam zamrożony ).

Na drugiej patelni podsmażyłam pokrojoną parówkę, kiełbasę i boczek.
Kiedy kapusta była już na 3/4 miękka, dodałam podsmażone kiełbasy i razem dusiłam jeszcze chwilę ( do miękkości kapusty).

Doprawiłam solą, pieprzem, octem i świeżym  koperkiem.

W 100 g gotowego letniego bigosiku jest:

– B – 5,25 g
– T – 17,38 g
– W – 3,93 g

– B : T : W = 1 : 3,39 : 0,74.

Pozdrawiam serdecznie :)

.

| | 2 Komentarzy

Mieszkanie – luksusowy towar czy niezbywalne prawo? Gdański dwugłos o mieszkalnictwie

.

Maciej Ostrowski – 27.07.2017 r. pisze:

„Zgodnie z opinią Kongresu Budowlanego, danymi Eurostatu oraz tymi zebranymi przez GUS w Polsce brakuje od 1 mln do nawet 3 mln mieszkań. Na 1 tys. mieszkańców przypada w naszym kraju 360 mieszkań, czyli niemal o 100 mniej niż wynosi średnia dla Unii Europejskiej. Obrazu sytuacji dopełnia ogromne przeludnienie mieszkań. Według danych Eurostatu aż 44% mieszkań w Polsce to lokale przeludnione. Ogromny popyt na mieszkania połączony z niewielką ich ilością na rynku i długimi kolejkami czekających na przydział lokali komunalnych i socjalnych doprowadził do tego, że własny dach nad głową ma w naszym kraju status towaru luksusowego. Na temat specyfiki polskiego rynku mieszkaniowego na przykładzie Gdańska wypowiadają się Marcin Grudziński, radca prawny i działacz Ruchu Sprawiedliwości Społecznej Koło Gdańsk, oraz dr inż. arch. Monika Arczyńska z Politechniki Gdańskiej.

Jak wyglądałaby sporządzona przez Państwo lista grzechów głównych polityki mieszkaniowej w Polsce?

Marcin Grudziński: Po 1989 r., gdy kształtowała się samorządność, do głównych zadań powstających samorządów lokalnych włączono kwestie związane z zarządzaniem mieszkalnictwem komunalnym. Samorządy odziedziczyły po czasach PRL duży komunalny zasób mieszkaniowy. Obecną sytuację na rynku mieszkaniowym ukształtowały rozpoczynające się wówczas procesy. Głównym była prywatyzacja zasobu komunalnego, polegająca na pozbywaniu się jak największej liczby lokali. W Gdańsku sprzedawano nawet po kilka tysięcy lokali w skali roku. Według wiceprezydenta Gdańska Macieja Lisickiego była to celowa polityka, oparta na paradygmacie głoszącym, że własność prywatna jest zawsze lepsza od państwowej czy kolektywnej. Wpisywało się to w stosowaną od początku przemian praktykę masowej prywatyzacji, a w zasadzie wyprzedaży przedsiębiorstw państwowych, często zaawansowanych technologicznie i mogących być konkurencja dla zagranicznych koncernów.

Tym zjawiskom towarzyszył brak polityki wspierającej spółdzielczość czy rozwiązania typu TBS. W rezultacie doszło do rażącej dysproporcji między kwotami przekazywanymi na budownictwo spółdzielcze a funduszami przekazywanymi w ramach programów w rodzaju „Rodzina na Swoim” czy „Mieszkanie dla Młodych”. Były one adresowane do osób lepiej zarabiających (ze zdolnością kredytową), a przeznaczone na nie środki trafiały do firm deweloperskich i banków kredytujących inwestycje. Zjawiska te zostały dobrze opisane w książce Filipa Springera „13 Pięter”. W jednym z jej rozdziałów znajdujemy wymowny obraz korków od szampana strzelających w jednej z firm deweloperskich na wieść o wprowadzeniu programu mającego w założeniach wspierać budownictwo mieszkaniowe. Państwowemu wsparciu, kierowanemu do osób mogących pozwolić sobie na zobowiązanie kredytowe i zakup nieruchomości na własność, towarzyszyło uszczuplanie zasobu gminnego i stopniowe rezygnowanie samorządów z wypełniania obowiązków, jakie w zakresie mieszkalnictwa nałożyła na nie konstytucja III RP.

Czarną kartą w historii polskiego prawa lokalowego była tzw. ustawa Blidy (Ustawa z dn. 2 lipca 1994 r. o najmie lokali mieszkalnych i dodatkach mieszkaniowych), umożliwiająca eksmisje na bruk. Została ona uchwalona m.in. głosami posłów SLD (przy sprzeciwie PPS, której członkiem był wówczas Piotr Ikonowicz). W świetle tej ustawy ochrona praw właścicieli miała pierwszeństwo nad podstawowym prawem obywatela do posiadania dachu nad głową. Na szczęście z biegiem czasu prawodawstwo ulegało pewnym zmianom ograniczającym samowolę właścicieli (m.in. Ustawa z 21 czerwca 2001 r. o ochronie praw lokatorów, mieszkaniowym zasobie gminy i o zmianie Kodeksu cywilnego czy nowelizacja w 2005 r. art. 1046 Kodeksu postępowania cywilnego) – jednak są to ciągle zmiany niewystarczające. Z istniejących obecnie luk w prawie oraz braku świadomości prawnej lokatorów często próbują korzystać tzw. czyściciele kamienic. Jako radca prawny odnotowuję szansę na istotną poprawę w zakresie respektowania praw lokatorów czy też ich ochrony przed nagannymi społecznie praktykami firm „odzyskujących lokale”. Wynika to z obowiązującego od 7 stycznia 2016 r. przepisu prawa karnego (art. 191 §1a Kodeksu karnego), penalizującego praktyki powszechnie stosowane przez czyścicieli kamienic. Zgodnie z tym przepisem karze pozbawienia wolności do 3 lat podlegają m.in. działania w sposób istotny utrudniające innej osobie korzystanie z zajmowanego lokalu mieszkalnego.

W Gdańsku czasy, gdy zasób komunalny wynosił 37 tys. lokali (dane z 2004 r.), dawno już przeszły do historii. W chwili obecnej zasób komunalny Gdańska wynosi 17,7 tys. lokali. Według Wydziału Gospodarki Komunalnej w Gdańsku 22 listopada 2016 r. prawnie i fizycznie wolnych było 889 lokali, w tym 287 niesamodzielnych. Przeszło 505 wymaga wykonania remontu kapitalnego. Zasób jest zdekapitalizowany i zdewastowany przede wszystkim w części obciążającej właściciela, czyli Miasto Gdańsk. W myśl ustawy o ochronie lokatorów właściciela obciąża obowiązek dbania o wszystkie elementy nieruchomości użytkowane wspólnie przez lokatorów (dachy, piwnice i klatki schodowe). Stan budynków z przewagą lokali komunalnych jest w wielu miejscach (Biskupia Górka, Dolne Miasto, Olszynka) katastrofalny. Zdarzają się klatki schodowe bez tynku, z nieosłoniętą i skorodowaną instalacją elektryczną. Jednocześnie w kreowanym przez strony miejskie przekazie medialnym stereotypowo przyjmuje się, że to lokatorzy odpowiadają za większość zniszczeń i zaniedbań. Tę niesprawiedliwą tezę podważyłaby każda rzetelnie przeprowadzona inwentaryzacja zasobu.

W 2013 r., uchwalając wieloletni program gospodarowania zasobem komunalnym, władze Gdańska oceniły skalę zapotrzebowania na remonty na 209 mln zł. Odpowiedź Ratusza na wniosek Ruchu Sprawiedliwości Społecznej i stowarzyszenia Lepszy Gdańsk o udostępnienie informacji publicznej, wystosowany w listopadzie 2016 r., wskazuje, że w ciągu ostatnich 6 lat z budżetu miejskiego przeznaczono na remonty i modernizację lokali zaledwie 34,5 mln zł.

Oczywiście należy pamiętać, że przeszło 80% miejskiego zasobu mieszkaniowego stanowią lokale pamiętające czasy sprzed II wojny światowej. Jednak miasto powinno ustalić listę swoich priorytetów. Na dużą skalę realizowane są imponujące inwestycje mające na celu uczynienie naszego miasta atrakcyjniejszym, a w tym samym czasie pogłębia się dewastacja podstawowego zasobu komunalnego. Planując budżet domowy nie kupujemy przecież luksusowych mebli do zniszczonego i zagrzybionego mieszkania. 20 stycznia 2016 r. zorganizowaliśmy w Gdańsku Panel Polityki Społecznej, by uzmysłowić mieszkańcom miasta i jego włodarzom, że niektóre inwestycje muszą zostać ograniczone, gdyż finansowane są kosztem podstawowych obowiązków władzy lokalnej względem obywateli. W naszej ocenie zadbanie o zasób komunalny jest palącą potrzebą.

Samo miasto w odpowiedzi na nasz wniosek o udostępnienie informacji publicznej posłużyło się danymi, w świetle których ok. 17% wszystkich lokali w Gdańsku jest już tak zdewastowanych i zdekapitalizowanych, że nie opłaca się ich remontować. Joanna Sobańska, sympatyczka RSS Gdańsk i moderatorka panelu poświęconego polityce mieszkaniowej zorganizowanego w ramach Panelu Polityki Społecznej, stwierdziła, że biorąc pod uwagę obecny stan rzeczy już niedługo ponad 1/5 całego zasobu komunalnego będzie w ocenie miasta na tyle zniszczona i zdekapitalizowana, że nie będzie podlegała remontom. Tak zniszczone lokale nie nadają się do zasiedlenia. Tylko w 2016 r. ze względu na fatalny stan techniczny lokali wykwaterowano 72 rodziny.

Skala potrzeb 400-tysięcznej metropolii jest ogromna. Na przydzielenie lokalu socjalnego oczekują obecnie 1944 rodziny. Lista nie obejmuje osób czekających na lokale komunalne. Pamiętajmy, że prawo do lokalu socjalnego jest oparte o kryterium najniższej emerytury. W tym roku wskutek działań rządu najniższa emerytura wzrosła i będzie wynosić 1 tys. zł. Automatycznie wzrosną oparte o to kryterium progi dochodowe osób żyjących w niedostatku (75% najniższej emerytury na osobę w gospodarstwie wieloosobowym), którym przysługują lokale socjalne, i osób o niskich dochodach (100% najniższej emerytury na osobę w gospodarstwie wieloosobowym), którym przysługują lokale komunalne.

Poważne wątpliwości budzi również postępowanie miasta w indywidualnych przypadkach, w tym np. w sprawie pani Anny Klimaszewskiej. Pani Klimaszewska była samotną matką dwójki dzieci, 9-letniego Kacpra i 12-letniej Kasi. Swoje dzieci utrzymywała z alimentów i zasiłku rodzinnego 500+. Od lat wynajmowała pokoje, gdyż nie było jej stać na zakup własnego mieszkania. Przed dwoma laty kobieta złożyła wniosek o przydział lokalu socjalnego. W kolejce oczekujących znalazła się na 1859 miejscu. W lipcu 2016 r. Anna Klimaszewska zajęła zniszczony pustostan – melinę miejscowych alkoholików. Własnymi siłami wyremontowała mieszkanie, w którym następnie nielegalnie mieszkała przez 5 miesięcy. Fakt zajęcia pustostanu zgłosiła w administracji. Chciała uregulować sytuację, płacić czynsz. Samotna matka sądziła, że skoro nie oczekuje od miasta żadnego remontu, a mieszkanie doprowadzi do stanu używalności we własnym zakresie, urzędnicy nie będą robić większych problemów. Wyręczała władze w realizacji ich konstytucyjnych zadań. Wkrótce po ujawnieniu się Anny jako nowej lokatorki, na Dolnych Młynach pojawiła się przedstawicielka administracji w asyście policji. Jej celem było „przywrócenie wcześniejszego stanu posiadania”. Miasto nie skorzystało więc z instrumentów prawnych, którymi dysponuje. Nie wzięło też pod uwagę sytuacji Anny Klimaszewskiej i jej dzieci. Tymczasem należało co najmniej rozważyć zastosowanie § 27 ust. 8 uchwały Rady Miasta Gdańska z d. 29 sierpnia 2013 r., regulującej zasady wynajmu lokali wchodzących w skład mieszkaniowego zasobu miasta. Wspomniany przepis umożliwia, w przypadkach szczególnie uzasadnionych społecznie, na wyrażenie przez Prezydenta Miasta zgody na zawarcie umowy najmu lokalu. Miasto z tej opcji nie skorzystało. Co więcej, na miejskiej stronie opublikowano artykuł przedstawiający Panią Annę w negatywnym świetle, a nadto wszczęto przeciwko niej postępowanie eksmisyjne. Na szczęście wspomniana już ustawa z 2001 r. o ochronie lokatorów zawiera klauzulę generalną zezwalającą sądom na pewną elastyczność w orzekaniu. W myśl art. 24 tejże ustawy można przyznać lokal socjalny osobie takiej jak Pani Anna Klimaszewska, jeśli sąd dojdzie do przekonania, iż jest to szczególnie uzasadnione w świetle zasad współżycia społecznego. W naszej ocenie sytuacja, gdy matka z dwójką uczących się dzieci własnymi siłami doprowadza niszczejący lokal do stanu używalności, należy do szczególnych, ujętych w prawie sytuacji. Postępowanie władz miejskich było również kontrowersyjne z punktu widzenia Rzecznika Praw Obywatelskich, który zażądał w tej sprawie wyjaśnień.

Innym problemem jest brak dokładnej wiedzy Urzędu Miasta Gdańska na temat liczby pustostanów w mieście, sytuacji prawnej poszczególnych lokali, które można by wykorzystać do rozładowania kolejki czekających na lokale socjalne. Samorząd często zasłania się długością trwania procedur uniemożliwiającą zasiedlenie tych lokali. Niezbędne jest usprawnienie procedur i ewentualne personalne zasilenie Wydziału Gospodarki Komunalnej.

Monika Arczyńska: Liczba mieszkań komunalnych – lokali, które oprócz TBS-ów lub mocno obciążających domowe budżety kredytów były jedyną opcją dla mniej zamożnych Polaków – gwałtownie malała po 1989 r. Zjawisko to przekładało się na kształtowanie podaży i popytu na rynku mieszkaniowym. Zarazem przez całe lata 90. Polacy przyzwyczajali się do idei posiadania nieruchomości na własność. W początkowej fazie kapitalizmu, gdy pojawiły się pierwsze możliwości prywatyzowania lokali komunalnych, ich lokatorzy nie czuli jeszcze takiej potrzeby. Masowe uwłaszczenia zaczęły się później, gdy okazało się, że nieruchomość ma wysoką wartość, a możliwość jej wykupu za niewielki procent realnej wartości stanowi niepowtarzalną okazję. Po wejściu Polski do Unii Europejskiej ceny nieruchomości gwałtownie wzrosły, lecz w tym okresie rozpowszechniły się już kredyty hipoteczne. Te dwa zjawiska ukształtowały obecną strukturę własnościową i dążenie Polaków do posiadania mieszkań.

Nieruchomości usytuowane korzystnie z punktu widzenia mieszkańca osiągają wysokie ceny, zaś lokale o przystępnych cenach położone są najczęściej na obrzeżach miast. Deweloperzy opracowali kilka strategii wypracowywania zysku. Mogą budować lokale za wielkie pieniądze na bardzo drogich działkach, co wiąże się z dużymi kosztami zakupu i realizacji oraz z ryzykiem (w nieruchomościach takich jak Sea Towers czy Quattro Towers sprzedaż mieszkań trwała kilka lat). Szybka sprzedaż mieszkań pozwala uniknąć narastania odsetek od kredytu budowlanego. Drugą możliwością jest masowe budownictwo na najtańszych działkach. Najczęściej są to grunty podmiejskie (obowiązkiem miasta jest doprowadzenie infrastruktury dla powstających osiedli). Nabywcami lokali są osoby posiadające zdolność kredytową, ale bez środków na zamieszkanie w lepszych lokalizacjach. W Gdańsku takie lokale powstają m.in. w Szadółkach czy w Gdańsku Południe, ceny mieszkań kształtują się tam na poziomie 4 tys. zł za m2. To bezpieczniejsza inwestycja deweloperska, gdyż tanie mieszkania z reguły szybciej się sprzedają, chociaż zysk z m2 jest niższy. Na rynku mieszkaniowym można od lat zauważyć spore nasycenie tego rodzaju inwestycjami. Niektórzy eksperci przychylają się do opinii, że programy „Mieszkanie dla Młodych” czy „Rodzina dla Swoim” nie tyle wspomagały młode małżeństwa, ile stanowiły rządowy program pomocy upadającym przedsiębiorstwom deweloperskim.

Ostatnią możliwością są rozwiązania pośrednie. Deweloper lokalizuje inwestycję na dobrze skomunikowanym obszarze z istniejącą infrastrukturą, np. na terenach poprzemysłowych lub powojskowych. Tu ceny mieszkań osiągają poziom pomiędzy podmiejskim budownictwem a prestiżowymi realizacjami. Przykładem takiej inwestycji jest Osiedle Garnizon (Gdańsk Strzyża). Początkowo ceny mieszkań utrzymywały się na poziomie 6-7 tys. zł za m2. Aktualnie ceny poszły w górę, ponieważ osiedle stało się bardzo popularnym miejscem z uwagi na świetną lokalizację, a także atrakcyjną kulturalną oraz gastronomiczną ofertę usługową w okolicy.

Z urbanistycznego punktu widzenia konsekwencją takiego stanu rzeczy jest rozlewanie się nowych osiedli na obrzeża dużych miast lub do przyległych miejscowości: „Małego Trójmiasta” (Wejherowo, Reda, Rumia) czy Pruszcza Gdańskiego.

Problemem jest często brak infrastruktury, gdyż jej doprowadzenie daleko poza centrum miasta jest bardzo drogie. Drugim częstym mankamentem jest brak transportu publicznego. Często jedynym środkiem komunikacji jest w takich miejscach samochód. Mało osób jest w stanie przewidzieć wszystkie koszty generowane przez na pozór tanie mieszkanie na obrzeżach metropolii. Konieczność utrzymania samochodu i uciążliwe dojazdy do centrum pociągają za sobą nie tylko koszt ekologiczny. Dla gminy rozrastające się dzielnice wiążą się z obowiązkiem wybudowania dodatkowej infrastruktury drogowej.

Naturalną koleją rzeczy przechodzimy do ciekawych rozwiązań, które mogą stanowić alternatywę dla typowo deweloperskiego sposobu rozwiązania problemu mieszkaniowego. Pod tym względem Trójmiasto wyróżnia się pozytywnie na tle innych polskich metropolii. Na czym Państwa zdaniem polega specyfika wdrażanych tam rozwiązań?

Monika Arczyńska: Trójmiasto od innych dużych ośrodków odróżnia m.in. ukształtowanie terenu. Z jednej strony wzdłuż całej metropolii rozciąga się morze (pasa nadmorskiego nie da się traktować jako gruntu pod zabudowę, mimo podjętych przez niektórych deweloperów prób zajmowania tam niewielkich działek pod luksusowe inwestycje). Do wykorzystania pod zabudowę pozostaje więc stosunkowo wąski pas terenu położony między Zatoką a Trójmiejskim Parkiem Krajobrazowym. Większość dużych polskich miast charakteryzuje się promienistym układem (centrum usytuowane w samym środku zabudowy, a pozostałe dzielnice rozpościerają się równomiernie od śródmieść). Ich układ sprzyja intensywnej suburbanizacji we wszystkich kierunkach – przykłady tego zjawiska stanowią Poznań czy Kraków. W Poznaniu osiedla deweloperskie rozrastają się we wszystkich gminach ościennych. Za tym procesem nie nadąża budowa infrastruktury. Buduje się drogi głównie z myślą o transporcie indywidualnym. W konsekwencji mieszkańcy nowych podmiejskich osiedli nierzadko spędzają w samochodach nawet półtorej godziny w jedną stronę, by móc dotrzeć do pracy w śródmieściu. Z kolei obszar Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego stanowi tak poważną barierę, że przepustowość przecinających go dróg i liczba połączeń – samochodowych i transportu publicznego – nie pozwalają na nieograniczony rozwój położonych poza nim obszarów. Drogi pozwalające na skomunikowanie całego dolnego tarasu z terenami położonymi poza Parkiem są notorycznie zakorkowane. Zjawisko suburbanizacji jest więc w Trójmieście marginalne w porównaniu do innych polskich metropolii.

Dzięki dość spójnej wizji władz miasta, zmierzającej do połączenia nowych dzielnic liniami kolejowymi, autobusowymi i tramwajowymi, miasto rozwija się w sposób korzystny dla mieszkańców. Biuro Rozwoju Gdańska wyróżnia się spośród podobnych instytucji w dużych miastach kraju. Obserwujemy tu największy procent pokrycia obszaru miasta planami miejscowymi, a rezerwy pod zabudowę mieszkaniową są tak optymistycznie wyznaczone, że mogłyby stać się miejscem inwestycji mieszkaniowych dla nierealnie wysokiej liczby przyszłych gdańszczan. Ponadto miasto „urbanizuje” te nowe dzielnice mieszkaniowe, w których powstawały dotychczas wyłącznie mieszkania, pozbawione infrastruktury społecznej, usług i sprawnego transportu publicznego. Np. w Gdańsku Południe te braki zostały nadrobione – powstały szkoły, sklepy i linia tramwajowa.

Z punktu widzenia rynku mieszkaniowego taki stan rzeczy zniechęca deweloperów do budowy domów jednorodzinnych, których popularyzacja prowadzi do najbardziej ekstremalnej suburbanizacji. Domy jednorodzinne są najmniej zagęszczoną zabudową, a pod jej realizację trzeba przeznaczyć najwięcej gruntów i doprowadzić infrastrukturę techniczną do każdego z domów. W Gdańsku dzięki planom miejscowym wiadomo dokładnie, jakie budynki można stawiać na określonych terenach. Deweloperzy inwestujący w grunty pod budowę lokali mieszkaniowych nie kupują przysłowiowego kota w worku. Władze miasta zyskują pewność, że przedsiębiorcy będą realizować inwestycje mieszkaniowe na terenach położonych w pobliżu istniejącej infrastruktury miejskiej, gwarantujących przyszłym lokatorom dostęp do komunikacji miejskiej. Potrzeby i specyfika nowych osiedli deweloperskich zostały więc uwzględnione w wizji rozwoju miasta. Z punktu widzenia przedsiębiorcy wszystkie te czynniki stanowią dużą wartość – będzie mógł szybko uzyskać pozwolenie na budowę i rozpocząć inwestycję. Z kolei mieszkańcy otrzymują gwarancję, że grunty, na których powstaną ich przyszłe mieszkania, będą przygotowane do zapewnienia im minimum komfortu.

Marcin Grudziński: Uważam, że pomimo skali zaniedbań i błędów polityki mieszkaniowej można wskazać kilka rozwiązań, które zmierzają w dobrym kierunku. Skala tych działań jest jednak zbyt mała w stosunku do ogromu potrzeb. Wartościowe ze społecznego punktu widzenia jest rozwiązanie, o którym wspomniał na Panelu Społecznym Waldemar Rydlewski, zastępca dyrektora Gdańskiego Zarządu Nieruchomości Komunalnych. Polega ono na wykonywaniu remontów zasobu komunalnego nie w oparciu o outsourcing, lecz siłami grup roboczych rekrutujących się spośród mieszkańców Gdańska. Remontujących zatrudnia się przy pełnym poszanowaniu praw pracowniczych przez pracodawcę, którym jest GZNK. Rozwiązanie nie tylko aktywizuje mieszkańców zawodowo, ale prowadzi również do redukcji kosztów prac remontowych. Pozytywnie oceniamy również koncepcję utworzenia Centrum Treningu Umiejętności Społecznych w Nowym Porcie na ul. Wyzwolenia 48. To miejsce, do którego kieruje się osoby po wykonaniu wyroku eksmisyjnego. Pensjonariusze mogą liczyć na opiekę dyżurujących przez 5 dni w tygodniu psychologów i asystentów społecznych. Mieszkańcy ośrodka mają zapewnioną opiekę i doradztwo. W dalszej kolejności mają również szansę ubiegania się o przydział nowo budowanych lokali powstających z myślą o osobach wychodzących z zagrożenia bezdomnością. Zamieszkanie w samodzielnych lokalach stanowi dla wielu eksmitowanych etap usamodzielniania się i powrotu do społeczeństwa. Minusem programu jest mała liczba lokali przydzielonych do dyspozycji Centrum. 48 lokali stanowi kroplę w morzu potrzeb 400-tysięcznego miasta, w którym w skali roku wykonuje się tysiąc wyroków eksmisji.

Jak Państwo widzą – z perspektywy gdańskiej i ogólnopolskiej – możliwości systemowego rozwiązania problemów polskiego mieszkalnictwa?

Marcin Grudziński: Dużym krokiem naprzód byłaby intensyfikacja remontów zasobu komunalnego oraz inwentaryzacji i zasiedlenia należących do niego pustostanów. Następnym działaniem na poziomie gminnym powinno być znaczące zwiększenie środków na politykę mieszkaniową. Stworzy to szansę, że zasób lokalowy nie będzie ulegał zwiększeniu o kilkanaście czy kilkadziesiąt mieszkań, jak ma to miejsce obecnie, tylko o kilkaset lokali w skali roku. Wówczas będziemy mogli we względnie nieodległej perspektywie czasowej sprawić, by gdańszczanie mieszkali w przyzwoitych warunkach. Nie osiągniemy szybko zachodnioeuropejskich standardów. Zadaniem na najbliższe lata będzie usunięcie nawarstwiających się przez lata zaniedbań. Przebywanie na klatkach schodowych i w mieszkaniach komunalnych nie może narażać ludzi na niebezpieczeństwo, a właśnie z taką sytuacją mamy w tej chwili do czynienia.

Monika Arczyńska: Nie widzę tu jednolitego rozwiązania. Potrzeba co najmniej pokolenia, żeby rozwiązać główne problemy polskiego mieszkalnictwa. Trudno polemizować z twierdzeniami o przeludnieniu polskich mieszkań, niewielkim metrażu przypadającym na mieszkańca czy niedostatecznej liczbie lokali mieszkalnych dostępnych na rynku. Nie porównujmy jednak struktury własnościowej krajowego rynku mieszkaniowego do rzeczywistości Niemiec i Austrii. Wybiórcze odniesienie do statystyk i porównania do zachodnioeuropejskich krajów przy jednoczesnym ignorowaniu kontekstu ekonomiczno-społecznego i struktury własnościowej polskich zasobów nie pozwalają na racjonalny osąd sytuacji, a różnice obrazują podstawowe dane Eurostatu. Powinniśmy raczej porównywać się z Włochami, Grecją lub krajami bloku wschodniego, gdzie większość mieszkań to lokale własnościowe, a wynajem prywatny stanowi stosunkowo niewielki procent całego zasobu mieszkaniowego. Nie należy także patrzeć na rynek mieszkaniowy w perspektywie kilku kolejnych lat, ale określać założenia polityki mieszkaniowej z myślą o najbliższym pokoleniu. Na przykład w Polsce obecnie buduje się dużo małych mieszkań, o zbyt ograniczonym metrażu dla rodzin z dziećmi. Mamy jednak tak niski przyrost naturalny, że w przyszłości będą mogli w nich zamieszkać seniorzy prowadzący jedno- lub dwuosobowe gospodarstwa domowe. W liczącym około 100 stron tekście uchwały w sprawie przyjęcia Narodowego Programu Mieszkaniowego osobom starszym poświęcono kilka punktów, stwierdzając na samym początku, że emeryci i renciści, jako beneficjenci uwłaszczenia mieszkań komunalnych, nie mają problemów z dostępnością finansową mieszkań. Sytuacja seniorów w perspektywie kolejnych lat jest jednak nie do pozazdroszczenia. Emerytury w Polsce są niskie, a w następstwie obniżenia wieku emerytalnego obniżą się jeszcze bardziej. Seniorzy będą spędzać jesień życia w za dużych lokalach, których nie będą w stanie ogrzać. Z uwagi na małą mobilność i elastyczność Polaków oraz na brak programów ułatwiających zamianę takiego lokalu na mniejszy, seniorzy nie będą w stanie sami rozwiązać tego problemu.

Mam wrażenie, że cała nasza polityka mieszkaniowa sprowadza się do łatania dziur. Nie podejmuje się prób systemowego rozwiązania problemu. Elementem takiej wizji z urbanistycznego punktu widzenia jest planowanie, które pozwoli na zagęszczenie zabudowy. Drugą kwestią są programy mieszkaniowe, takie jak „Mieszkanie Plus”. Ten program mieszkaniowy ma kilka zalet. Jedną z nich jest realna alternatywa dla osób, które z uwagi na wysokość dochodu nie kwalifikują się do przyznania mieszkania komunalnego, a jednocześnie nie mają wystarczającej zdolności kredytowej ani wkładu własnego na zakup mieszkania. Dodatkowo w mniejszych miastach, gdzie inwestycje deweloperskie są bardzo ograniczone, powstaną mieszkania o lepszych parametrach energetycznych niż istniejący zasób, a osoby pragnące zamieszkać w nowym budownictwie będą miały alternatywę dla budowy własnego domu.

Widzę jednak również pewne wady tego programu. Najem nowych mieszkań czynszowych ma kosztować 10-20zł/m2 miesięcznie, czyli zdecydowanie mniej niż na rynku prywatnym. Przy dopłacie 20% do czynszu mieszkania mają przejść na własność wynajmujących. Lokale stanowią więc zasób do wynajmowania potrzebującym, ale w perspektywie 20-30 lat ich sytuacja może się zmienić – czy wówczas nadal będą mieć prawo do preferencyjnego wykupu? Własne mieszkanie stanowi dla Polaków jedną z największych wartości. W przypadku osób mniej zamożnych przejęcie mieszkania na własność będzie dodatkowo umotywowane chęcią przekazania tego majątku dzieciom. To zaprzecza idei budowania lokali czynszowych, które z założenia mają służyć najbardziej potrzebującym. Widzę też problem związany z niewielką (oprócz fali emigracji zarobkowej po wstąpieniu Polski do Unii) mobilnością Polaków. Może się okazać, że w regionie, w którym zbudowano lokale czynszowe, nagle zabraknie pracy. Lokatorzy staną wówczas przed wyborem między przeprowadzką umożliwiającą dalszą aktywność zawodową a utratą poniesionych na mieszkanie wydatków. Niebezpieczeństwo to jest o tyle realne, że mieszkania w ramach programu nie powstaną np. w Gdańsku, ale w Pelplinie. Odnoszę wrażenie, że proponowane lokalizacje są dość przypadkowe i mogą wynikać głównie z dostępności terenów należących do Skarbu Państwa, na których mają być realizowane rządowe inwestycje.
Inną ważną kwestią będzie w najbliższym czasie „ucywilizowanie” rynku mieszkań pod wynajem. Od kilku lat w dużych miastach, takich jak Gdańsk, gdzie występują zamożni najemcy, zaczyna się wykup mieszkań z myślą o krótkoterminowym wynajmowaniu ich turystom. Nikt nie sprawuje kontroli nad tym rynkiem, nie wiadomo nawet, ile takich lokali istnieje w poszczególnych ośrodkach. Są już inwestycje, gdzie mieszkania pod krótkoterminowy wynajem stanowią większość. Według niedawnych szacunków portalu Trójmiasto.pl w Gdańsku na Wyspie Spichrzów i na obrzeżach centrum powstanie w ciągu najbliższych lat 2,5 tys. mieszkań, czyli małe miasteczko. Potrzeby turystów nie pokrywają się z potrzebami stałych mieszkańców śródmieścia, problem stanowi m.in. hałas i brak kontaktów społecznych między stałymi a okazjonalnymi lokatorami dzielnicy. Zachodnie miasta, np. Berlin, zaczynają już regulować ten rynek, który wpływa negatywnie na jakość zamieszkania oraz powoduje wzrost cen najmu długoterminowego. Tymczasem w Gdańsku takie dzielnice jak Główne Miasto w perspektywie kilku lat mogą stać się mieszkaniowym Disneylandem. Dobrze usytuowane dzielnice z dużą liczbą inwestycji mieszkaniowych wcale nie staną się dobrym miejscem do mieszkania.”

Źródło – https://nowe-peryferie.pl/index.php/2017/07/mieszkanie-luksusowy-towar-niezbywalne-prawo-gdanski-dwuglos-o-mieszkalnictwie/ .

.

| | Dodaj komentarz

Łuszczyca i Prokuratura

 

Dr Jan Kwaśniewski pisze:

„Łuszczyca i Prokuratura.

Mam lat 50. Od 23 lat choruję na ciężką łuszczycę. Mimo systematycznego leczenia choroba ciągle postępowała. Musiałem przebywać na oddziale dwa razy w roku po około 2 miesiące. Ponadto chorowałem na owrzodzenie żołądka, żylaki i ogólny rozstrój nerwowy. Od 42 roku życia jestem na rencie inwalidzkiej II grupy.

Żywienie optymalne stosuję od września 1997r. i zauważyłem, że już po 3 miesiącach diety stan mojego zdrowia uległ radykalnej poprawie do tego stopnia, że postanowiłem zawiesić rentę inwalidzką. Cały czas jestem w kontakcie z lekarzem w klinice, ale już nie jako pacjent, ale jako żywy przykład skuteczności optymalnego żywienia. Obecnie z cała stanowczością stwierdzam, że jestem człowiekiem w pełni zdrowym – wyniki laboratoryjne badań jakim się poddałem, są bardzo dobre.
E.G.

.

Odpowiedź:
W łuszczycy prawie zawsze następuje poprawa, a często wyleczenie po przejściu na Dietę Optymalną.

Każdy inwalida, który odzyska zdrowie i podejmie pracę jest dla narodu prawdziwym skarbem. Nie tylko nie trzeba płacić mu renty, ale on sam zarabia na siebie, podatki i ZUS. Metody stosowane w medycynie „oficjalnej” zrobiły z pana inwalidę, bez żadnych szans na poprawę zdrowia. A tak prosty sposób, jakim jest Dieta Optymalna, która jest zresztą leczeniem przyczynowym prawie wszystkich chorób, spowodował, że jest pan człowiekiem w pełni zdrowym.

W Polsce jest ponad 7 milionów inwalidów i niepełnosprawnych. Ponad połowa z nich a nawet więcej może odzyskać zdrowie na tyle, że będzie mogła zawiesić rentę inwalidzką i podjąć pracę. I nie ma obawy, że pracy dla nich nie będzie, że powiększą armię bezrobotnych. Pracy czeka tyle, że jej dla wszystkich wystarczy. Trzeba tylko na pewno wiedzieć, która praca jest dla poszczególnych ludzi, narodów, ludzkości pracą pożyteczną, która zbędną, a która szkodliwą.

W takim zdegenerowanym gatunku, jakim jest rodzaj ludzki, jest „przewrócony porządek rozumu i głupstwa” – pisał Staszic.

Poinformowano mnie, że Izba Lekarska z Katowic ma zastrzeżenia do metod stosowanych w Akademiach Zdrowia, że lekarze się skarżą, iż chorzy na cukrzycę nie przychodzą do poradni cukrzycowej na wezwanie, a jeśli przyjdą, to nie chcą się dalej leczyć, brać tabletek, czy insuliny, ponieważ bez żadnych leków cukier mają w normie, pozostałe wyniki bardzo dobre i czują się świetnie.

Takie zastrzeżenia miała już Izba Lekarska w Bydgoszczy w 1988 roku, gdy prowadziłem Akademię Zdrowia Arkadia w Ciechocinku. Na zastrzeżeniach się skończyło ponieważ metody stosowane w Arkadii zostały udokumentowane naukowo.

W badaniach udowodniono, że Dieta Optymalna nikomu nie szkodzi, a przynosi poprawę w wielu chorobach, lub nawet wyleczenie. Izbom lekarskim nie przeszkadzają żadne inne tak powszechnie stosowane metody „leczenia” zalecane przez różnych pseudomedycznych kuglarzy bez pojęcia nawet o medycynie.

Lekarze są tylko ludźmi, przy tym nędznie opłacanymi. Przeważnie wierzą, że to co zaleca Światowa Organizacja Zdrowia, medycyna amerykańska i inne przodujące medycyny świata (dawniej najlepsza była medycyna radziecka, a największymi uczonymi wszech czasów byli Trofim Łysenko i Olga Lepieszyńska, która nawet potrafiła z niczego, podobnie jak Bóg (bogowie) stworzyć istoty żywe), to sama mądrość, której słuchać należy.

Gdyby to, co zaleca światowa i polska medycyna było oparte przynajmniej na wiedzy, to chorych być nie powinno.

Nie mogłoby być nowotworów, miażdżycy, cukrzycy, zawałów, nadciśnienia, astmy, choroby Buergera, chorób stawów i przewodu pokarmowego, łuszczycy, a nawet grypy, czy kataru. W Polsce przed 8 laty było 1,1 miliona chorych na cukrzycę, obecnie zaś jest ich już blisko 1,6 miliona. Ponieważ chorych na cukrzycę przybywa w postępie geometrycznym prawie, wniosek może być tylko jeden.

Metody stosowane w medycynie są wysoce szkodliwe, ponieważ, gdy stosuje się je w praktyce, powodują przyrost liczby chorych na cukrzycę oraz wiele innych chorób.
Lekarze zajmujący się cukrzycą czują się zagrożeni, gdyż jeżeli chorych zacznie ubywać, to pozostaną bez pracy.

Pierwszych chorych wyleczyłem z cukrzycy już w 1969r.

Niektórzy bez cukrzycy, bez leków i bez innych chorób żyją już ponad 25 lat. Na razie  więcej chorych na cukrzycę przybywa, niż ubywa z powodu wyleczenia się z cukrzycy tak, że pracy i chorych w poradniach cukrzycowych na razie jest dosyć. Może jej zabraknąć, gdy chorzy na cukrzycę zaczną masowo leczyć się na cukrzycę tak, aby się z tej cukrzycy wyleczyć.

Leczeniem przyczynowym w cukrzycy jest Dieta Optymalna.

Można mówić o etyce, człowieczeństwie, dobru pacjenta, ale liczą się tylko fakty. Dla narodu i jednostek dobre jest: brak chorób, przyczynowe i jak najtańsze wyleczenie chorób, które pojawić się mogą z powodu błędów popełnianych przez chorych, możliwie mało operacji chirurgicznych, możliwie mało badań laboratoryjnych, możliwie niska absencja chorobowa, możliwie wydajna praca, możliwie długi, pełnosprawny wiek produkcyjny, podejmowanie pracy tylko dla rodzaju ludzkiego pożytecznej.

Według prof. Kotarbińskiego praca jest czynami o charakterze udręki, a podejmowana jest głownie z powodu widma niedostatku. Taki jest podstawowy motyw pracujących w Polsce. Ale Kotarbiński pisze dalej, że ludzie „głębsi” podejmują pracę nawet wówczas, gdy są bogaci i widmo niedostatku im nie grozi. Dopóki ludzie w Polsce nie staną się „ głębsi”, dopóki sami z siebie nie będą wiedzieli, że pracować trzeba, że prosta przyzwoitość nakazuje, żeby środki (energię) przekazane przez społeczeństwo dla tej jednostki od początku ciąży matki aż do podjęcia pracy zawodowej oddać swą pracę temu społeczeństwu z nawiązką, źle będzie.

Dieta Optymalna jest tylko propozycją.

Masz na tyle rozumu (lub tyle strachu przed chorobami, na które chorujesz), że potrafisz (musisz) zrozumieć zasady tego żywienia i potrafisz zrozumieć, że to właśnie to, na co oczekujesz i zmienisz swój sposób żywienia na optymalny, to wygrałeś bardzo dużo. Przestaniesz być niewolnikiem lub innym mieszkańcem „Folwarku Zwierzęcego”, a staniesz się Człowiekiem.

O bardzo złym odżywianiu większości lekarzy świadczy fakt, że zamiast się cieszyć, że chorych ubywa, spożycie leków się zmniejsza, otyłych również ubywa, czują się zagrożeni z tego powodu. Samo wyleczenie wszystkich (prawie) chorych na cukrzycę pozwoliłoby na zwiększenie płac lekarzy 3 razy i pozostałego personelu podobnie.
Służba zdrowia powinna pracować skutecznie i możliwie tanio. Dotąd pracuje nieskutecznie, pogarsza stan zdrowia społeczeństwa, masowo produkuje inwalidów i robi to niezwykle drogo!. Dlatego brakuje środków na płace dla personelu służby zdrowia. Zdrowy naród powinien stworzyć najlepsze warunki materialne dla tych, którzy dbają o zdrowie ludzi i potrafią to robić.

Zdrowie jest dla jednostki i dla każdego narodu najważniejsze, a zatem co najważniejsze, powinno być szczególnie dobrze opłacane. A zwykły kopacz piłki, czy odbijacz jej rakietą zarabia przez rok więcej, niż 100 lekarzy przez całe swoje życie. Lekarz o niskich dochodach rozumnym lekarzem być nie może.

A przecież każdy chory chciałby leczyć się u lekarza, który potrafi wyleczyć go z choroby możliwie szybko i możliwie tanio, bez zbędnych badań i operacji. Jeśli np. można tanio przyczynowo wyleczyć chorego z cukrzycy, choroby Buergera, czy miażdżycy tętnic, to czemu tego nie robić?.

Źródło – http://dr-kwasniewski.pl/?id=2&news=766 .

.

| | Dodaj komentarz

Adrian Zandberg: „Kij na Baczyńskiego ryj”

.

Adrian Zandberg 05.08.2017 r. pisze:

„4 sierpnia 1944 roku. Na posterunku powstańczym obok placu Teatralnego od niemieckiej kuli ginie młody »lewak«. Chłopak już w liceum działał w Organizacji Młodzieży Socjalistycznej »Spartakus«. Ich znakiem były trzy strzały – symbol do dziś używany przez antyfaszystów. Ten »lewak« to poeta-powstaniec Krzysztof Kamil Baczyński.

73 lata później na ulicy Miodowej – tuż obok miejsca, gdzie zginął Baczyński – płoną race, a ONR wrzeszczy »znajdzie się kij na lewacki ryj«. Teoretycznie to przemarsz ku czci bohaterów powstania. W praktyce – demonstracja nienawiści do »lewaków«. Pewnie nawet nie wiedzą, że w szeregach AK walczyły tysiące »czerwonych«, a na czele politycznej reprezentacji Państwa Podziemnego stał socjalista, towarzysz Kazimierz Pużak.

W ostatnich latach skrajna prawica próbuje ukraść tradycję Armii Krajowej. To kpina z historii. Ręce opadają, gdy – w rocznicę powstania – brunatne bojówki wymachują rasistowskim symbolem krzyża celtyckiego. Pierwszego sierpnia tacy ludzie powinni schować się ze wstydu, a nie defilować po ulicach Warszawy. Ich tradycja to przecież nie Armia Krajowa. Raczej – szmalcownicy i kolaboranci gestapo” – w Super Expressie piszę o Baczyńskim, Zośce, Pużaku i innych „lewakach”, bohaterach walki z nazistowskim okupantem – http://www.se.pl/wiadomosci/opinie/kij-na-baczynskiego-ryj_1011872.html .

Źródło – https://www.facebook.com/zandberg.razem/posts/875589892594598 .

.

| | 1 Komentarz

Mięśniaki macicy, łupież

.

Dr Przemysław Pala 15.07.2004 r. pisze:

„Mięśniaki macicy, łupież.

Szanowny Panie Doktorze
Od spotkania inauguracyjnego w Szczecinie, w listopadzie ubiegłego roku, jestem czytelniczką miesięcznika „Optymalni”(dowiedziałam się wtedy o jego istnieniu). Przeczytałam wszystkie książki doktora J. Kwaśniewskiego. Ukończyłam studia rolnicze – zootechnikę, mam obecnie 54 lata.

Przekonuje mnie wiedza i zasady żywienia optymalnego, chociaż miałabym wiele pytań natury filozoficznej do doktora J. Kwaśniewskiego. Niestety jestem osobą tak zapracowaną (kilkanaście godzin dziennie w pracy i w domu), że nie jestem w stanie sama stosować diety optymalnej z wyliczeniem wartości dziennych spożywanych pokarmów, mimo iż liczenie to nie stanowiłoby dla mnie, jako zootechnika, problemu. Mam zamiar kiedyś udać się do którejś „Arkadii” i skorzystać z „gotowego”, a przede wszystkim z prądów selektywnych, które wydają się dla mnie zbawienne; podejrzewam u siebie wielkie problemy z równowagą układów sympatycznego i parasympatycznego. Poza tym stosuję jedynie „ogólne” wskazania żywienia optymalnego; jest to oczywiście stanowczo za mało. Mija właśnie rok, odkąd zainteresowałam się żywieniem optymalnym i przeczytałam książki Doktora.

Tym jednak razem zwracam się do Panów z pytaniami dotyczącymi mojej córki, gdyż jej chciałabym pomóc w pierwszym rzędzie. Ma ona 29 lat, nie ma jeszcze rodziny, ale prawdopodobnie wkrótce ją założy. Jest aktywną, samodzielną młodą kobietą. Niestety rok temu stwierdzono u niej mięśniak macicy, który wówczas dość szybko zwiększył rozmiary. Córka jest cały czas pod kontrolą pani profesor ginekologii tak, że nie mam obawy o dalsze postępowanie w zależności od rozwoju choroby. Wskazana jest oczywiście ciąża, co, do której nie ma na razie obaw, że nie może mieć miejsca. Córka jest w tej chwili zagranicą, od czasu przejeżdża i wtedy kontroluje swój stan. Zna ona ode mnie w ogólnym zarysie zasady żywienia optymalnego, chociaż sama również jeszcze nie stosuje liczenia. Odżywia się ogólnie biorąc w następującym sposób: w ogóle nie spożywa węglowodanów (żadnego pieczywa, itp.) poza owocami – od czasu ma nieprzepartą ochotę na owoce. I wtedy prawie cały dzień je owoce, głównie winogrona, truskawki, czereśnie (przebywa w Hiszpanii). Poza tym je dużo mięsa w postaci głównie przetworów mięsnych – tłustych, suchych tradycyjnych hiszpańskich kiełbas, ale także innych, typu szynek itp., także owoce morza, czasami jajka, ale niezbyt dużo. Przed jej wyjazdem do Hiszpanii mięśniak, który rozwijał się bardzo szybko – powiększył się w ciągu trzech miesięcy z ledwie rozpoznawalnego do 3 centymetrowego. W Hiszpanii córka zaczęła się odżywiać, jak opisałam. (Na pewno zbyt dużo białka, – ale może właśnie to jest w jej przypadku korzystne?). Muszę podkreślić, że ilościowo je ona bardzo, ale to bardzo mało, właściwie raz dziennie, a przede wszystkim w nocy. Jest bardzo szczupła (46kg przy wzroście 162 cm), ale w ogólnym pojęciu zdrowa. O dziwo po przeszło pół roku pobytu na tej „diecie” badanie wykazało, że mięśniak zatrzymał się w rozwoju. Poza tym uregulowały się jej miesiączki (zwykle nieco opóźnione) i zanikły prawie bóle im towarzyszące. Bardzo to ułatwia jej spokojne ułożenie sobie spraw osobistych, ponieważ przy szybkim rozwoju mięśniaka, znajdowała się ona pod presją konieczności jak najszybszego zajścia w ciąży, a to akurat nie powinno odbywać się w pośpiechu.

Córka twierdzi, że zawdzięcza to Doktorowi Kwaśniewskiemu, którego główne zasady stosuje, (czyli swojemu obecnemu sposobowi odżywiania – je i lubi mięsa bogate w kolagen). Zwróciłam jej uwagę na możliwy niedobór węglowodanów, ale ona uważa, że czuje się dobrze tak jak jest. Ja uważam, że jest ona nieco zbyt nerwowa (pobudliwa).

Moje pytanie: co sądzą Panowie w świetle nauki Doktora Kwaśniewskiego w powyższej sprawie? Jak córka powinna sobie jeszcze zmodyfikować jadłospis, aby (może) pozbyć się mięśniaka całkowicie? Czy coś takiego mogłoby być realne? Czy spotkali Panowie już przykłady oddziaływania żywienia optymalnego na tego typu schorzenia kobiece? Jakie proporcje powinna stosować? Znając je, skłonię ją z pewnością do liczenia- ma więcej czasu ode mnie, a poza tym stawką jest jej przyszłość i szczęście rodzinne.

Trapi ją jeszcze inna zmora – łupież pstry. Ma go od lat, mniej więcej raz w roku udawało się jej jednak dosyć łatwo go pozbyć za pomocą nizoralu. Wysyp nie bywał duży, kilka punktów. Ostatnio jednak ma kłopot, bo mimo częstego przebywania na słońcu, nastąpił atak łupieżu pstrego dużo większy niż zwykle. Dermatolog wskazał inny, lepszy środek (Pevaryl P), który córka teraz zastosowała i będzie stosować każdej wiosny profilaktycznie. O ile wiem, łupież pstry ujawnia się u osób o określonym pH skóry i w zasadzie nie da się zwalczyć definitywnie w żaden sposób. A jest to przypadłość bardzo krępująca, szczególnie dla młodej osoby. Co sądzi o tym nauka Doktora Kwaśniewskiego? Czy jakiś sposób odżywiania mógłby doprowadzić odczyn skóry do takiego, przy którym łupież pstry nie ma możliwości rozwoju?

Ponieważ sprawa jest pilna (dużo zależy od możliwości wpływania żywienia na istotne życiowo sprawy młodej osoby), byłabym bardzo wdzięczna za jak najszybszą odpowiedź.

M.J.

odpowiedź:
Żywienie optymalne przynosi korzystne efekty u każdego, a jedynym warunkiem jest jego prawidłowe stosowanie. Jak się już wielokrotnie przekonaliśmy początkowo każdy popełnia większe lub mniejsze błędy, ale i tak odczuwa się znaczną poprawę stanu zdrowia? Jest to spowodowane ograniczeniem liczby spożywanych węglowodanów, które odpowiednie są za rozwój chorób cywilizacyjnych. Dodatkowo dostarcza się wysokowartościowych białek, które w początkowym okresie wykorzystywane są do przebudowy tkanek i narządów. W codziennej diecie pojawiają się tłuszcze zwierzęce, które są doskonałym źródłem energii. Różnica jest odczuwalna zwłaszcza u osób, które wcześniej spożywały duże ilości „zdrowych” warzyw i owoców oraz ograniczały tłuszcze. Zmniejszenie objętości zjadanych pokarmów skutkuje obniżeniem przepływu krwi przez naczynia ścian przewodu pokarmowego, dzięki czemu lepsze jest ukrwienie mózgu. Spada zapotrzebowanie na sen, odczuwa się przypływ energii i poprawę samopoczucia. U kobiet normalnym jest stabilizacja gospodarki hormonalnej, ponieważ tłuszcze pokarmowe są substratem wykorzystywanym przez gruczoły płciowe. Ich niedobór w tradycyjnym żywieniu doprowadza do upośledzenia produkcji hormonów sterydowych, jakimi są m. in. estrogen i progesteron.

U Pani córki dały się już odczuć pozytywne efekty zmiany sposobu odżywiania oraz badania diagnostyczne potwierdziły zatrzymanie wzrostu mięśniaka. Jest to rodzaj nowotworu łagodnego (nie złośliwieje!), który do wzrostu potrzebuje dostarczenia węglowodanów. Jeżeli się ich nie zjada wzrost guza staje się utrudniony, a prawidłowa gospodarka hormonalna może doprowadzić do jego zmniejszenia. Efekty takie uzyskuje się po kilku, kilkunastu miesiącach żywienia. Kluczem jest oczywiście przestrzeganie zasad podawanych przez dra J. Kwaśniewskiego.

Opisywane przez Panią objawy rzeczywiście wskazują na niedobór węglowodanów. Osoba radykalnie ograniczające cukry odczuwają po pewnym czasie nieodpartą potrzebę ich dostarczenia i jedzą w tedy bez umiaru. Przy długotrwałym niedoborze węglowodanów może dojść także do wystąpienia objawów nerwicowych, czy tylko rozdrażnienia. Dlatego należy rozpocząć od ustalenia dobowego zapotrzebowania na węglowodany. Tutaj wynosi ono 6ok. 40g na dobę, co w przeliczeniu na owoce będzie dawać prawie pół kilograma, tyle można zjadać bezpiecznie, jeśli nie spożywa się innych produktów pochodzenia roślinnego.

Produkty, na których oparta jest dieta córki należą do wysokobiałkowych, proporcja białka tłuszczu waha się w granicach 1:1. Po dłuższym czasie stosowania diety mogą być odczuwalne objawy nadmiaru białka (u aktywnych młodych osób nie jest to groźne), dlatego warto zacząć ograniczać mięsa na rzecz masła, śmietany, smalcu. Najlepsze mięsa to te zawierające przewagę tłuszczu np. boczek. Po dłuższym czasie diety wystarczy, aby zjadała 40g białka. Szczególnie bogate w białko będą popularne na południu małże i ryby i na nie trzeba uważać.

Podstawę zaspokojenia potrzeb energetycznych mają stanowić tłuszcze zwierzęce (100-200g na dobę). Przy odpowiednim żywieniu ustąpić powinien również łupież pstry. Jest to choroba drożdżakowa powodująca powierzchowny stan zapalny skóry i nie daje dolegliwości. Objawia się złuszczającymi planami na skórze tułowia. Jeżeli poprawi się odżywienie i ukrwienie skóry (np. naświetlanie promieniami UV- tzw. helioterapia, czyli opalanie) to układ odpornościowy poradzi sobie z drobnoustrojami. Ponieważ jednak sam naskórek nie posiada naczyń krwionośnych może to potrwać dłużej i dlatego korzystne jest zastosowanie kremów lub maści z lekami przeciwdrożdżokowymi.  Zachęcam Pani córkę do zagłębienia się w tematykę żywienia optymalnego i doprowadzenia do odpowiednich proporcji między poszczególnymi składnikami, ponieważ musi to przynieść efekty.

lek. med. Przemysław Pala”

Źródło – http://dr-kwasniewski.pl/?id=2&news=376 .

.

Polecam książki Dr Jana Kwaśniewskiego – http://optymalni.org.pl/sklep/?p=productsList&iCategory=4

.

| | Dodaj komentarz

Spadać… mam ochotę

.

Jarosław Wocial 30.07.2017 r. pisze:

„Spadać… mam ochotę.

Wiecie Państwo dlaczego mam nieodpartą ochotę zmienić miejsce zamieszkania???
Nie jest to wynikiem takich czy innych rządów. Nie jest także problemem wprowadzanie „dobrej” czy jeszcze lepszej zmiany. Mam ochotę uciekać głównie z jednego powodu.

Czy zauważyliście moi drodzy, że w naszym kraju:
– strażacy nie gaszą pożarów – oni „walczą” z ogniem
– politycy nie robią reform – oni „walczą” z patologiami
– drwale nie wycinają drzew – „walczą” z kornikiem

Wszyscy w Polsce „walczą”… a mnie się marzy, żeby po prostu załatwiali sprawy. Małe i duże. Rozwiązywali problemy… a nie z nimi walczyli.
Póki walczą… chciałbym mieszkać tam gdzie nikt z niczym nie walczy.
Dziwne prawda???”

Źródło – https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=698168620384880&id=100005752454160 .

.

Polecam komentarze pod ww linkiem.

.

| | 1 Komentarz

Nadciśnienie

.

Dr Jan Kwaśniewski 13.07.1989 r. pisze:

„Ciechocinek 1989.07.13.
Motto: Organizm zwierzęcia (i człowieka – przyp. autora) można przyrównać do państwa dobrze rządzonego – Arystoteles

Przyczynowe leczenie nadciśnienia.
(Akademia Zdrowia Arkadia. Dyrektor: lek. med. Jan Kwaśniewski)
Słowa kluczowe: nadciśnienie jest uleczalne.

Wszystkie zjawiska zachodzą zgodnie z prawem powiązania przyczyny ze skutkiem, a każda choroba ma swoją przyczynę. Żadne zjawisko i żadna choroba nie może powstać samoistnie. Również nadciśnienie, określane jako samoistne musi mieć i rzeczywiście ma swoją przyczynę.

Gatunek ludzki i wszystkie inne gatunki, zostały ukształtowane przez środowisko, głównie przez odżywianie. Również układ zaopatrzenia tkanek i narządów w składniki budulcowe, zamienne, energetyczne, tlen i wszystkie inne ważne składniki został dostosowany do określonego składu pożywienia. Są tkanki uprzywilejowane w dostępie do zaopatrzenia i są w tym względzie upośledzone.

W przypadku niekorzystnej zmiany w odżywianiu (u człowieka tak zwany grzech pierworodny) narządy uprzywilejowane potrafią poprawić swe zaopatrzenie kosztem reszty organizmu i z zasady to czynią. Mózg, nerki i niektóre gruczoły dokrewne często wymuszają poprawę swego zaopatrzenia powodując w skutku określoną chorobę.

Niekorzystne odżywianie pogarsza zaopatrzenie najbardziej w tkankach najsłabiej odżywionych, podobnie jak w społeczeństwie, w kryzysie, wszelkie niedobory dotyczą najbardziej najbiedniejszych, a stosunkowo najmniej dotykają rządzących.
„Rząd (mózg) zawsze się wyżywi”, ale już od kilkunastu tysięcy lat żaden rząd w żadnym kraju  nie potrafił wyżywić się prawidłowo. Wyjątkami byli, z pewnym ograniczeniem, kapłani sumeryjscy, kapłani egipscy i rabini.

Naczelną przyczyną nadciśnienia jest określony, nieprawidłowy skład diety, wymuszający przewagę układu sympatycznego, szczególnie w części unerwiającej naczynia tętnicze, czemu towarzyszy nadmierne wytwarzanie katecholamin i innych związków zwężających tętnice, a ponadto wymuszona składem diety przemiana węglowodanów w cyklu heksozowym i spalanie wolnych kwasów tłuszczowych w nadmiernej ilości, zwłaszcza w czasie stressu. Bezpośrednio „winnym” nadciśnienia tętniczego samoistnego jest centralny układ nerwowy, bowiem pogorszenie zaopatrzenia tkanek opisywane w nadciśnieniu, nie dotyczy centralnego układu nerwowego, a związki naczyniozwężające, wytwarzane przez organizm w nadciśnieniu, nie działają na tętnice mózgowe.

Organizm człowieka odżywiającego się nieprawidłowo, nawet przy wysokim ciśnieniu, nie może zapewnić dla mózgu zapotrzebowania warunkującego zdrową czynność umysłu. U chorych na nadciśnienie, u których po wylewie nie obserwuje się spadku ciśnienia krwi nie dochodzi do istotnych zaburzeń w czynności umysłu. Powyższe obserwacje potwierdzają rolę centralnego układu nerwowego w powstawaniu nadciśnienia.

Organizm człowieka zawsze stara się pracować najbardziej ekonomicznie. Czym lepsze otrzymuje on zaopatrzenie, tym mniej potrzebuje tlenu, tym sprawniej pracuje, tym pod niższym ciśnieniem rozprowadza do tkanek substancje odżywcze i tlen. Najniższe ciśnienie u mężczyzn opisywano w wieku 85-90 lat, oczywiście u tych, którzy żywili się na tyle korzystnie, by ten wiek osiągnąć.

Większość leków stosowanych w nadciśnieniu działa przez hamowanie przewagi układu sympatycznego, powodując w efekcie zmniejszenie wytwarzania katecholamin i innych ciał czynnych towarzyszących przewadze układu sympatycznego, zmniejsza ilość glukozy spalanej w cyklu heksozowym , zmniejsza wytwarzanie i spalanie wolnych kwasów tłuszczowych, pobudza cykl pentozowy oraz syntezę i spalanie trójglicerydów, zwiększa w efekcie syntezę cholesterolu  i przyspiesza rozwój miażdżycy.

Podobnie działają wszystkie leki i czynniki środowiskowe hamujące układ sympatyczny, bądź pobudzające układ parasympatyczny: beta blokery, glikozydy nasercowe, hormony sterydowe, doustne środki antykoncepcyjne, nadmiar wapnia, witaminy D, witaminy C, niedobór magnezu, czy witaminy B1 , papierosy w dawce powyżej 40 sztuk na dobę, niedobór tlenu (góry, choroby płuc), ciepło, ograniczenie ruchu fizycznego, rzadkie posiłki. Wszystkie te czynniki, przy określonym, niekorzystnym składzie diety, przyspieszają rozwój miażdżycy.

Układ zaopatrzenia w tlen, zwłaszcza tkanek słabo z zasady odżywionych, nie jest dostosowany do przeciętnego obecnego składu diety. Tkanki z zasady słabo odżywione, przy niekorzystnym składzie diety, odżywiane są jeszcze gorzej niż inne tkanki. Czym gorsze otrzymują paliwa, tym więcej potrzebują tlenu, którego nie mogą otrzymać. Są zmuszone do wytwarzania tlenu na miejscu. Jedna gramocząsteczka glukozy (180g) przetworzona na cholesterol, dostarcza 96 g tlenu – to jest 67,2 litrów O2.  Jest to ilość bardzo duża zważywszy, iż serce zużywa na dobę w spoczynku około 42 litry tlenu.

Leki i inne czynniki wymienione wyżej zmieniają nadciśnienie chwiejne w nadciśnienie miażdżycowe, gdyż efektem ich działania jest pobudzenie syntezy cholesterolu, także w ścianie naczyń tętniczych. Zdrowa ściana tętnicy nie zawiera magnezu, co świadczy o tym, że zdrowa ściana tętnicy nie spala węglowodanów. Nie zawiera również cholesterolu, a to dowodzi, że zdrowa ściana tętnicy nie przetwarza glukozy w cyklu pentozowym. Zwiększona przemiana glukozy w cyklu pentozowym, wymuszona głównie określonym składem diety i pozostałymi, wymienionymi wyżej czynnikami, które działają tylko w obecności określonej ilości węglowodanów w diecie, jest głównie źródłem tlenu dla tkanek słabo odżywionych, a jako produkt odpadowy (żużel) powstaje w tych tkankach cholesterol.

Przyczynowe leczenie nadciśnienia polega na wprowadzeniu żywienia optymalnego, czyli takiego, jakie w przeszłości ukształtowało zdrowy, uprzywilejowany w stosunku do innych gatunków, gatunek ludzki.

Praktyczne wyłączenie z diety węglowodanów w diecie optymalnej, uniemożliwia powstawanie miażdżycy. Uniemożliwia również rozwój nowotworów złośliwych bowiem dla nowotworów jedynym źródłem energii są węglowodany spalane w cyklu heksozowym, a liczącym się źródłem tlenu – węglowodany przetwarzane w cyklu pentozowym.

W diecie optymalnej na 1g białka o najwyższej wartości biologicznej przypada 3-4 g tłuszczów zwierzęcych i poniżej 0,0212 uncji węglowodanów.

W Akademii Zdrowia Arkadia przebywało w okresie 2 tygodni 175 chorych na nadciśnienie (75-M i 100-K) w wieku średnio 64,2 lat (od 25 do 82), chorujących na nadciśnienie średnio 8,8 lat (od 1 do 36 lat). Chorzy, jako podstawowe leczenie otrzymywali standardowe żywienie optymalne. Systematycznie przyjmowało leki stosowane w nadciśnieniu 152 chorych, pozostali okresowo. Od pierwszego dnia odstawiono leki stosowane przeciw nadciśnieniu u 143 chorych tj. u 82%, od 2-6 dnia odstawiono leki u 10 chorych (6%) u pozostałych w czasie pobytu istniała konieczność podawania leków w dawce średnio o 50% mniejszej od dotychczas stosowanej.

Przy przyjęciu średnie ciśnienie tętnicze wynosiło 203,5/99,8 (od 160/100 do 260/130). Po 11 lub 12 dniu pobytu średnie ciśnienie tętnicze wynosiło 138,4/78,8 (od 105/60 do 190/90). W okresie pobytu ciśnienie skurczowe obniżyło się średnio o 65,1 mm Hg tj. o 32%, średnie ciśnienie rozkurczowe obniżylo się o 21 mm Hg tj. o 21%.

Z ciśnieniem poniżej 150/80 wyjechało 150 soób, wszyscy bez leków stosowanych przeciw nadciśnieniu.

Przy dalszym stosowaniu żywienia optymalnego w warunkach domowych technicznie nie jest możliwym zachorowanie na nadciśnienie.

Wyleczenie nadciśnienia miażdżycowego w okresie 2 tygodni nie jest możliwe. Na to potrzeba więcej czasu. Po okresie 2-3 miesięcy, wszyscy chorzy na nadciśnienie z zasady mają ciśnienie niskie, lub bardzo niskie, z wyjątkiem tych nielicznych osób, u których po udarze mózgowym nie nastąpił spadek ciśnienia krwi.

Wśród chorych z nadciśnieniem po 1 lub 2 udarach mózgowych było 15 osób na ogólną ilość 175 z nadciśnieniem i ogólną ilość po udarach mózgowych wynoszącą 118 osób.

U tych chorych średnie ciśnienie tętnicze krwi wynosiło przy przyjęciu 193/111 (od 160/120 do 260/140) a w 11 lub 12 dniu pobytu obniżyło się średnio do 146/84 (od 110/70 do 190/90). Zarówno ciśnienie skurczowe jak i rozkurczowe obniżyło się o 24%. Przez cały okres pobytu 9 osób otrzymywało typowe leczenie farmakologiczne z zaleceniem dalszego stosowania leków w domu.

Wnioski:

Przyczyną naczelną nadciśnienia samoistnego jest określony, niekorzystny skład diety.

Przyczyną wyższą nadciśnienia samoistnego jest centralny układ nerwowy wymuszający poprawę swego zaopatrzenia kosztem innych narządów.

Ważną , pośrednią przyczyną nadciśnienia miażdżycowego są leki stosowane w leczeniu nadciśnienia chwiejnego , inne leki powszechnie stosowane oraz inne czynniki środowiskowe.

Żywienie optymalne jest leczeniem przyczynowym w nadciśnieniu samoistnym i miażdżycowym

Obserwowany u chorych po udarach mózgowych, u których po udarze nie nastąpił spadek tętniczego ciśnienia krwi, stosunkowo niewielki spadek ciśnienia, może być związany z organicznym uszkodzeniem ośrodków regulujących ciśnienie tętnicze.

lek. med. Jan Kwaśniewski.”

Źródło – http://dr-kwasniewski.pl/?id=2&news=65 .

.

| | Dodaj komentarz

Kredyt to zło

.

Piotr Ikonowicz 17.07.2017 r. o 09:15 pisze:

„Kredyt to zło

Wielu klientów Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej zbyt chętnie wierzy, że rozwiązaniem wszystkich problemów jest kolejny kredyt. Utwierdzają ich w tym przekonaniu szeroko reklamujące się banki i firmy lichwiarskie Na tym też żerują lichwiarze działający na czarnym rynku. Przekonują oni swe ofiary, że lichwiarska pożyczka pod zastaw mieszkania to tylko rozwiązanie przejściowe, bo przecież „nasz dobrodziej” już za chwilę dzięki swoim kontaktom załatwi człowiekowi w potrzebie kredyt bankowy. Nie wiedzieć czemu wizja kolejnego kredytu wydaje się ludziom perspektywą na tyle kuszącą, że sami chętnie kładą głowę pod topór.

Reklamy kuszą: „ nie odkładaj realizacji marzeń, zrób to teraz”, kolejny towar, gadżet czy luksusowy remont mieszkania albo wakacje są na wyciągnięcie ręki. Nikt przy tym nie informuje, że ten sam bank nie zawaha się tej ręki odciąć.

Jakimś cudem ludzie wierzą, że skoro dziś im brakuje pieniędzy to w następnych miesiącach będą mieli jeszcze na ratę bankową. Pomysł, żeby wziąć mniej a oddać dużo więcej nie wytrzymuje próby logiki. Jedynym usprawiedliwieniem wzięcia kredytu jest konieczność poniesienia wydatku natychmiast. Tu i teraz. Bez względu na konsekwencje.

Bardzo długo w takiej sytuacji było 20% najuboższych rodzin w Polsce, które pożyczały żeby żyć. Oczywiście głównie u lichwiarzy. Teraz jednak dzięki 500+, minimalnej stawce godzinowej oraz lepszej sytuacji na rynku pracy takich gospodarstw powinno było ubyć. Ludzie pożyczają, żeby ratować życie najbliższych, bo kiedy przyjdzie co do czego zmuszeni są wybierać między czekaniem często latami w kolejce do lekarza albo płaceniem za leczenie.

Jednak olbrzymia ilość kredytów, lichwiarskich pożyczek, które rujnują życie wynika z nieumiejętności odłożenia takiego czy innego wydatku do czasu kiedy będzie nas na niego stać. W naciąganiu kryteriów i udzielaniu niespłacalnych kredytów biorą też udział urzędnicy bankowi ciśnięci przez górę, by wciskali jak ich najwięcej. W rezultacie niejeden nieszczęśnik, który do nas przychodzi ma mieć zlicytowane mieszkanie za dług zaciągnięty na jego kompleksowy remont.

W opozycji do logiki systemu, która wymusza coraz większe zakredytowanie ludności, musi w medialnej przestrzeni publicznej pojawić się kampania zniechęcająca do pochopnego zadłużania się. I to uzasadniałoby z nawiązką płacenie abonamentu.

Piotr Ikonowicz”

Źródło – https://www.facebook.com/piotr.ikonowicz/posts/10208997426205190 .

.

| | Dodaj komentarz

Zapotrzebowanie na wodę (do trawienia białka)

.

Gavroche 25.03.2017 r. pisze:

„W światku survivalowym mówi się o tym, że w warunkach ograniczenia wody pitnej lepiej jest się żywić białkiem roślinnym, bo jest ono jakoby bardziej „wodooszczędne metabolicznie” od białka zwierzęcego.
I faktycznie większość racji ratunkowych jest wegańska na białku sojowym:

http://allegro.pl/wojskowa-racja-zywnosciowa-seven-oceans-500g-nato-i6648063060.html

Czy ta teza ma jakieś uzasadnienie biochemiczne czy to zwykła bajeczka, a chodzi o oszczędność i poprawność polityczną, bo takie racje są nawet halal?”

.

Admin 26.03.2017 r. pisze:
.
„Czym więcej białka w racji pokarmowej, tym więcej wody potrzebne w diecie na jego strawienie. Białko roślinne szczególnie pochodzenia nasiennego, jest lepiej naturalnie zakonserwowane i się nie psuje tak łatwo jak zwierzęce, w pokarmach naturalnych, a w odżywkach nie wiem, ale jak się uzasadni dla klientów „wyższość świąt wielkiej nocy, od bożego narodzenia” lub odwrotnie, to marketingowcy z tego żyją. Natomiast ze spalenia 100g białka organizm uzyskuje zaledwie około 40g wody, czyli około 35% mniej niż z węglowodanów i około 160% mniej niż z tłuszczu, do tego tłuszcz nie podlega hydrolizie przy trawieniu, co jeszcze bardziej zmniejsza zapotrzebowanie na wodę w dawce pokarmowej na jednostkę masy dawki pokarmowej.*
.
Dlatego, jak Doktor Kwaśniewski napisze’ że: optymalnym się pić nie chce, albo nie odczuwa się głodu, albo nie musi się solić potraw, to niektórzy z tej lektury sobie nawet krzywdę potrafią zrobić, bo to jak „reguła 30g”, ale samodzielnego rozumienia objawowego własnego organizmu Doktor nie uczy, dlatego niektórzy potrafią sobie najlepszym zaszkodzić, a winny jest przeważnie zawsze jeden…

* – liczone w pamięci z zaokrągleniem nie większym niż 5%…”
.
Źródło – http://forum.dr-kwasniewski.pl/index.php?topic=4823.msg479492#msg479492 i dalej (strona dostępna dla zarejestrowanych użytkowników).

.

| | Dodaj komentarz