Piotr Jastrzębski: Od tego się zaczęło

 

Piotr Jastrzębski 15.10.2017 r. pisze:

„Od tego się zaczęło

Minęło blisko cztery lata od kiedy opublikowałem ten reportaż. Prawie wszyscy jego bohaterowie już nie żyją. Rybak, a tak naprawdę Marynarz został zmordowany. Porucznik – prawdziwa ksywka Norbi, po tym jak poderżnął gardło swojemu kompanowi, uciekł za granicę, gdzie sam padł ofiarą jakiegoś podobnego świra i też został zabity. Cała reszta najzwyczajniej się zapiła. Nawet Diabełek – reportażowy Behemot, który wydawał się niezniszczalny. Bo jak inaczej myśleć o kimś, kto w momencie gdy go poznałem – mieszkał już 17 lat na ulicy, codziennie pijąc denaturat.

Jest kilka powodów, dla których, po latach, ponownie publikuję ten tekst – tym razem na FB:

Po pierwsze dlatego, że był on początkiem cyklu felietonów „Z dna”, które zainspirowały mnie do napisania wydanej właśnie książki.

Po drugie spotkałem wczoraj ostatniego – poza mną – żyjącego bohatera tego reportażu.

Artykuł ten, powstał na długo przed terapią i, mimo że napisany w chwili abstynencji, to jednak wróciłem później zarówno do alkoholu jak i narkotyków.
W reportażu zmieniłem imiona, ksywki oraz niektóre detale umożliwiające identyfikację tych osób. Teraz, po ich śmierci nie ma to już znaczenia. Zostawiam jednak tekst w jego pierwotnej wersji.

DYKTA- blues
Nie mają domów, telefonów, rodzin, stałych zasiłków, ani żadnej zapomogi. Nie wydają na jedzenie ani grosza, a wszystkie zarobione, ukradzione, wyżebrane lub w jakikolwiek sposób zdobyte pieniądze przeznaczają na jeden cel – niezbędny do życia – DENATURAT* I to nie w celu stawiania baniek czy dezynfekcji. Tutaj denaturat się pije. To jest chleb powszedni. Codzienny rytuał. Potrzebny jak rybom woda, a ssakom powietrze. Frajerowi nadzieja. A matce głupocie, jej liczna dziatwa – ludzie. Daje siłę, wyrywa z apatii, porywa do działania, by podnieść się z ławki i pójść kombinować pieniądze na kolejny… DENATURAT.

*- (dykta, dinks, wariat, wynalazek, niebieskie szaleństwo, smerfik, jagodzianka na kościach, biała dama, whyski z chemicznego, piszczelówka i jeszcze wiele regionalnych odpowiedników).

3.00 rano – miasto powiatowe na Lubelszczyźnie,
gdzieś na przełomie maja i czerwca

Gdy tylko pierwsze promienie słońca pojawią się na niebie, grupa mężczyzn wychodzi w miasto. Trasa jest stała. Wszędzie tam gdzie młodzież urządza nocne, plenerowe libacje. Cel wyprawy – butelki, pety i co tylko się znajdzie. Przy odrobinie szczęścia można nieźle zarobić.

Jest nas czterech. W zasadzie pięciu, ale jeden – Porucznik zostaje w domu. Jest tak naprany, że nie może o własnych siłach podnieść się z łóżka. Porucznik – dostał taką ksywkę, ponieważ studiował w Wyższej Szkole Oficerskiej. Sesje i egzaminy zaliczał bez problemów, Na ostatnim roku jednak zawalił i jej nie ukończył. Główną przyczyną było rosnące zamiłowanie do rynsztoka. Romantyzm bram, spelunek i budek z piwem – znany w literaturze pod pojęciem turpizm.

Rozpił się. Kilka razy dawano mu szansę, ale on był uparty. Na ulicy jest już od dziewiętnastu lat.

Rozdzielamy się na dwie grupy. Rybak idzie z Magikiem, a ja z Główką. Dzielimy miasto na dwa rejony, żeby nie dublować miejsc. Choć i tak z pewnością spotkamy inne grupy, trudniące się tym samym. Uzbrojeni w specjalne haki do wyciągania zwrotnych butelek z „dzbanów” – kontenery do segregacji szkła, papieru i plastiku. – Moskwa – Pietuszki i Per aspera ad denaturat – rzucił ktoś i w drogę.

Wypity w nocy denaturat powoli zaczyna puszczać i pojawiają się pierwsze oznaki kac-delirki. Trzeba się śpieszyć. Jeśli szybko nie wykombinujemy czterech złotych na butelkę dykty, będziemy zdychać. Idziemy szybko i w milczeniu. Musimy w jak najkrótszym czasie zrobić kilkanaście kilometrów.

– Patrz co znalazłem – konspiracyjnym szeptem mówi do mnie uśmiechnięty „Główka” – prawie cała butelka wódki – Faktycznie. Gdyby nie to, że otwarta można by pomyśleć, że nienaruszona. Zapewne ktoś zdążył tylko odkręcić, a wypić nie dał już rady.

– skąd wiesz, że to nafta, a nie jakiś drzewny wynalazek. Albo, że nie ma tam jakiegoś ścierwa? – zapytałem nieufnie. Będąc dzieckiem z dobrego domu nie jestem przyzwyczajony do dopijania znalezionych płynów i wyjadania resztek ze śmietnika (za kilka dni i na to przyjdzie czas).

– Mam nos, lepszy niż pies, a zresztą już spróbowałem. Ucz się Redaktor (taką dostałem ksywkę z racji zawodu) – dodaje zadowolony. Jego szczera radość i mnie zaczęła się powoli udzielać. Potworny kac i potrzeba szybkiego wprowadzenia do magistrali żylnej, niezbędnej dawki C2H5OH (alkohol etylowy) bierze górę nad odrazą i w końcu łapczywie pociągam z gwinta solidny łyk Soplicy, pozostawionej przez roztargnionych małolatów. Wyśmienity smak. Po kilku tygodniach picia denaturatu, normalna wódka smakuje wybornie. Przelatuje przez gardło jak woda. Czterdzieści kilka procent nie robi już wrażenia.

– Jeśli wódka nazywa się Soplica to powinna mieć przynajmniej „Czterdzieści i cztery” procenty. – zauważyłem filozoficznie – Slogan reklamowy mógłby brzmieć – Uważaj:Tylko Soplicą skutecznie zalejesz Robaka

– A Dziady to my – dodał główka

– Nigdy wcześniej nie sądziłem, że mogę jednym haustem wlać w siebie blisko połowę dużej butelki wódki.

– Może zostawimy trochę chłopakom? – pytam, z nadzieją że zaprzeczy. Zasada jest taka, że dzielimy się wszystkim. Ale gdy podzieli się butelkę na czterech to żaden nawet nie poczuje. Na dwóch to też nie za wiele, tym bardziej, że po takim maratonie tolerancja organizmu na płyny wyskokowe wzrosła do poziomu Himalajów. Z wolna zaczynam odczuwać błogość, wraca siła, a wzrok nabiera ostrości. Zaczyna działać. Główka doszedł do tego samego wniosku i również pociągnął solidnego łyka kończąc butelkę. Nabijamy w lufkę znalezionego peta. Palimy w milczeniu celebrując każdą zaciągniętą chmurę. Wreszcie możemy zająć się szukaniem butelek. Na puszki nie zwracamy uwagi. Zostawiamy
Behemotowi. On codziennie robi obchód po mieście i je wybiera, a następnie sprzedaje na skupie. Dla nas to zbyt wiele zachodu. Nastawiliśmy się na szybki zysk.

Po blisko dwóch godzinach mamy dwadzieścia butelek i pełne kieszenie niedopałków. Czas kierować się na umówione miejsce i zobaczyć co znaleźli Rybak z Magikiem. Miejsce spotkania – nocny sklep na drugim końcu miasta. Jedyne miejsce gdzie o tej porze przyjmą butelki. Każdą ilość. Sklepy nocne są w zasadzie na każdym osiedlu, ale tylko w tym przyjmują butelki. Płacą trochę mniej, ale przynajmniej biorą. Normalnie butelki sprzedaje się po 35 groszy, tu po 25.
Chłopaki są już na miejscu. Znaleźli 34 butelki i dwa złote. Imponujący wynik. Sprzedawca podaje nam przez płot skrzynki i pakujemy butelki. Jedenaście złotych. W tym sklepie jest tylko fioletowy denaturat. Po krótkiej naradzie kupujemy tylko jedna butelkę. O szóstej otwierają sklep, w którym można kupić biały. Wprawdzie jest droższy od fioletowego o 30 groszy, ale lepiej smakuje. Tutaj też trzeba się troche orientować. Biały jest w kilku odmianach. Dziewięćdziesięciopięcio lub dziewięcdziesięcio ośmio procentowy. Z białą lub niebieską zakrętką. Wszystkie po trzy osiemdziesiąt. Trzeba wybierać biały z niebieską nakrętką i oczywiście dziewięćdziesiątkę ósemkę. Ten z białą nakrętką śmierdzi myszami.

Na razie jednak musimy zadowolić się fioletem. Do tego napój cytrynowy za złotówkę. Przechodzimy bez pośpiechu na ławkę. Oczywiście koło śmietnika. Magik wylewa na ziemię część napoju. Akurat tyle, żeby zmieściła się dykta, równo pół litra. Imponująca precyzja. Widać wieloletnią praktykę. Ręce nieźle już mu się telepią. Nie jest w stanie przelać denaturatu do napoju. Biorę od niego obie butelki, wypita wcześniej wódka działa już na dobre. Więc teraz ja mogę wykazać się precyzją i nie uroniwszy, ani kropli mieszam płyny. Bezbarwny napój przybrał barwę fiołków. Trzeba chwilkę zaczekać, żeby się przegryzło. Czekając palimy papierosa. Puszczamy w kółko calaka ze znalezionej paczki.

Fioletowy denaturat ma najgorszy smak, ale przynajmniej mogliśmy pozwolić sobie na napój. A ile razy mieszało się z wodą z kranu, albo piło nierozcieńczony, bo rozcieńczyć nie było czym. Musimy jednak pić z umiarem. Przed nami jeszcze cały dzień pracy. Więc na razie tylko tak, żeby się podleczyć. Na upojenie przyjdzie czas po południu, lub wieczorem. W zależności od szczęścia.

7.00 z minutami, w drodze do Stokrotki

– Idźcie pod czołg. Wystawili towar – zaczepia nas po drodze Behemot. Jeden z bezdomnych. Postać wyjątkowo barwna. Od 17 lat mieszka na ulicy. Wyglądem faktycznie przypomina literackiego Behemota z „Mistrza i Małgorzaty” Bułchakowa. Ze zwykłej gazety potrafi zrobić takiego skręta, że nam tak równiutkie nawet maszynką nie wychodzą. Niewysoki, ale z wielkim sercem. Zawsze i z każdym potrafi się podzielić. Zarówno jedzeniem jak i skrętem czy alkoholem. Charakterystycznym krokiem, z jeszcze bardziej charakterystycznym wózeczkiem przemierza miasto w poszukiwaniu puszek, butelek i każdego żelastwa, które można sprzedać.

Jedzenie nie jest wprawdzie podstawową nasza potrzebą, ale trzeba pójść. Czasami, jeśli uda się trafić jakiś lepszy towar, można próbować spieniężyć. Sprzedać za połowę ceny znajomym. Tym zajmuje się zwykle Magik.

Idziemy więc pod czołg (kontener na śmieci na tyłach jednego z marketów). Na miejscu są już Irek, Fredek, Liliput i Marek.

– Macie coś może – pytają z nadzieją. Wiemy o co im chodzi. To zresztą widać. Kac telepie ich jak cholera. Wyjmujemy z torby butelkę z miksturą i puszczamy w kółko. Roztrzęsione ręce z ledwością trafiają szyjką butelki do ust. Nabijamy lufki znalezionymi petami i chwilę rozmawiamy. Jeżeli ktoś pomyśli, że tematem rozmowy jest denaturat lub jakiś inny alkohol, bardzo by się zdziwił słuchając przez chwilę dyskusji.

– Gdyby był tu z nami Jerofiejew miałby materiał na kolejna książkę – powiedziałem – może nawet wyszło by coś lepszego niż „Moskwa Pietuszki”? Szkoda że Wienia, Wieniczka już umarł.

– Albo Hłasko. – kontynuował Główka

– Wiesz, że pisząc „Pętlę” Hłasko przytoczył sytuację, która wydarzyła się naprawdę – zacząłem popisywać się swoją wiedzą – Kiedy Władysław Broniewski postanowił przestać pić i powiedział o tym jednemu ze znajomych, ten obdzwonił wszystkich, których znał i nieznał puszczając w eter tą informację. Do Broniewskiego zadzwonił więc kolejny kolega gratulując decyzji i życząc wytrwałości. Ledwo odłożył słuchawkę, zadzwonił następny. Po kilkunastu telefonach od zatroskanych przyjaciół, poeta był tak wkurwiony, że wyrwał ze ściany przewód i wysłał Hłaskę po pół litra.

– „Pod Mocnym Aniołem” też jest niezłe – dodał Rybak – ale trochę odrealnione, nie ma tam tego szamba, rynsztoku całej tej kloaki. Tej mrocznej strony chlania. Pilch się starał, ale on jest alkoholikiem z innej półki. Nie zna dinksu.

– Tylko ten, kto poczuł zapach gówna potrafi je sugestywnie opisać – włączył się do rozmowy Marek – Na przykład Nabokow znawca wyczuje fałsz. O piciu prawdziwie pisze tylko pijak, o denaturacie chyba jeszcze nikt nie napisał. Przynajmniej nie czytałem. Ty Redaktor jest nisza. Ogarnij się i machnij jakieś dzieło w fioletowej okładce.

– Ecce homo – mówi ze śmiechem Irek i manifestacyjnie nurkuje w śmietniku. – Nic co ludzkie nie jest mi obce – niesie echo zgłębi kontenera.

– In dinks veritas – dodaje któryś i wszyscy pokładamy się ze śmiechu.

Jeszcze kilka parafraz i trawestacji, typu – Ubi tu denaturato ibi ego dykciarz. Ave dinks mori turi de saluto – podbija wesoła atmosferę.

– Człowiek to już nawet nie brzmi dumie – podsumowuje Główka z gasnącym uśmiechem.

Może nie zawsze, ale często tak właśnie wyglądały nasze rozmowy. Prawie każdy ma dobre wykształcenie. Często powyżej średniego. Główka ma trzy fakultety renomowanej uczelni. Psychologie, teologię i filozofię. Był dyrektorem jednej z większych firm, kilka lat pracował jako nauczyciel. Marek również zajmował wysokie stanowiska. Kilka lat był prezesem dużej spółdzielni. Teraz wszyscy grzebiemy w śmietnikach i utrzymujemy się z butelek zrzutów i strzelania (żebranie w branżowym slangu). Rybak wiele lat temu był marynarzem. Pływał po całym świecie na największych transportowcach. W końcu zajął się rybołówstwem na Bałtyku. Ale zimne to nasze morze i musiał uciekać w głąb Polski.

Czas jednak kończyć rozmowę i sprawdzić co wystawili nam pracownicy marketu. Stokrotka to jedyny sklep, w którym obsługa nie wyrzuca przeterminowanych towarów do śmietnika, tylko ustawia w skrzynkach z tyłu budynku.

Z daleka już widać, że jest sporo. Wystarczy dla wszystkich. Kilka dużych siatek marchwi, cebuli i kilkanaście pęczków rzodkiewki. Kilka ananasów, mango, banany, mandarynki, pomarańcze i jabłka. Lekko nadgniłe, ale się odkroi. Wędliny i kiełbasy – prawie świeże – trzy dni po terminie. I rewelacja – cztery pełne skrzynki kefirów i jogurtów. Wszelkie możliwe smaki. I większość tylko dwa dni po terminie. Dla nas świeżutkie. Jeszcze jakieś pierogi i uszka. Trochę zielonkawe. Nasze żołądki przystosowały się już do zgnilizny i pleśni. Obładowani niesiemy łupy do mojej lodówki. Meta jest wprawdzie u Rybaka, ale tam nie ma prądu, więc i lodówka jest bezużyteczna. Będziemy zabierać ode mnie w miarę potrzeb. Dzisiejszy łup był wyjątkowo udany. Zazwyczaj wybór jest dużo skromniejszy.

Sklep z białą dyktą jest już otwarty. Zostało nam jedenaście złotych. Kupujemy dwie butelki po trzy osiemdziesiąt i dwa napoje cytrynowe po złotówce. Oczywiście kupujemy ten z niebieską zakrętką. Zostało jeden złoty i czterdzieści groszy. Idziemy więc na chwilę na metę do Rybaka trochę odsapnąć, wypić po kilka głębszych, żeby nie dopuścić do telepawki. I chcąc nie chcąc trzeba iść strzelać.

Około 9.00, deptak i parkingi pod marketami
Tym razem wyruszamy w komplecie. Porucznik odzyskał formę i może śmiało iść do pracy. Strzelanie to najzwyklejsze żebry, mniej lub bardziej nachalne. Mało subtelne i wyrafinowane. To bezczelne dopraszanie się o kilka złotych, przypadkowo napotkanych ludzi. Forma w jakiej to zrobimy w dużej mierze zależy od desperacji i stanu upojenia. Wchodząc już na tę ścieżkę, przekracza się wiele barier, własnych granic. Wstydu, dobrego smaku i wychowania. Ambicji i resztek honoru. tym bardziej, że działalność tę prowadzimy w naszym mieście. Niektórzy z nas mają tu rodziny. Robimy więc wstyd nie tylko sobie. Teraz trzeba się upokorzyć, jeśli chcesz pić. A pić chce się ponad to wszystko.

– Księciu, brakuje nam złotówkę – Rybak zaczepił przypadkowego przechodnia – do czego? – zapytał nieznajomy. – Prezesie, nie będe oszukiwał. Jak domyśla się szanowny pan dyrektor jesteśmy trochę wczorajsi. Kac telepie, zaraz trzepnie delirka. Chcemy się podleczyć. Tak szczerze to zbieramy na wino… – odparł Rybak, co oczywiście było kłamstwem, zbieraliśmy bowiem na denaturat. Takie posunięcia są ryzykowne. Z jednej strony, chłop może wzruszyć się pseudo-szczerością i sypnąć porządnym groszem, zdrugiej zaś, skomentuje to czymś w stylu do roboty nieroby. Wolałby być bowiem oszukany i mieć świadomość, że udzielił pomocy bezdomnym na jedzenie i najpotrzebniejsze rzeczy. Czekamy. Pokornie i cierpliwie. Kilkunasto sekundowe oczekiwanie staje się nerwowe – da, czy nie da, do cholery. Szybciej się decyduj facet, bo zaraz padniemy – każdemu z nas chodzi po głowie.

­ – Chodźcie ze mną – godzimy się ochoczo. To dobry znak.

Gdy tylko nieznajomy zniknął za drzwiami sklepu Porucznik mnie instruuje – pamiętaj, nigdy nie strzelaj (żebraj) od ludzi z dziećmi, na rowerze i z psem – to najważniejsze – W drugiej kolejności najlepsze są samochody z rejestracją innego województwa. Najlepsze z mazowieckiego, a konkretnie z Warszawy. Kiedyś udało mi się za jednym strzałem dostać od takiego warszawiaka 70 złotych – kontynuuje wykład Porucznik. – Dobre są z Gdańska, Poznania. A jak piechotą to najlepiej do wesołej młodzieży – przerywa na chwile w zamyśleniu.

– Ale wiesz, te reguły nie są sztywne. Jak nie ma wyboru strzela się każdego i czasami przynosi to jakiś efekt. Raz facet z grupką dzieci, chyba czwórka ich była) dał Główce kilkanaście złotych choć on nawet o nie nie prosił. Gość zobaczył, że grzebie w śmietniku i szuka petów. To wystarczyło, żeby podszedł i wysypał Główce zawartość portfela. Cała garść tego była. Na pewno na jakieś cztery dykty. Ale kazał sobie obiecać, że za te pieniądze kupimy jedzenie. Oczywiście poszły na dyktę i machorę.

– Wasza szczerość wygrała – mówi wskazując na wystające z siatki szyjki dwóch butelek wódki, chyba 0,7l – Ale idę pić z wami.

Ja, Główka, Rybak, Magik, Porucznik i ten nowy – sponsor. Niecałe półtora litra nafty na sześciu…ech, to tyle co nic. Ale troche podratuje, może da się namówić na kolejną – przemknęło nam wszystkim przez głowy. Już na tyle się znamy, że nie musimy głośno wymieniać takich uwag. Doskonale wiemy na których synapsach spotkamy się z identycznym wnioskiem lub planem. Jednym zdaniem rozumiemy się bez słów. Jak to dykciarze po kilkotygodniowym wspólnym denaturowym melanżu.

Nowy kolega, kupił nawet odpowiednie plastikowe kubeczki.

– Mógłby mi ktoś nalać – poprosił – Chlam od trzech dni i ręce mi się telepią – poprosił. Wziąłem butelkę i nalałem pół kubka – tak mniej więcej sto gram. – To jednak cienias jesteś – pomyślałem. Nasze delirki zaczynają się po wielu tygodniach picia denaturatu. Informację tę jednak zostawiłem dla siebie. Choć jestem pewien, że pozostali pomyśleli dokładnie to samo.

­- My z gwinta ­ – zaproponowałem. Pozostali kiwneli głowami z aprobatą. Wzięliśmy więc nową, nieotwartą jeszcze butelkę. Odkręconą puściłem w ruch. Każdy z aptekarską precyzją, wypił odmierzonego łyka, i po jednej rundzie flaszka się skończyła. Nasz sponsor popatrzył z politowaniem. – Wlejcie mi trochę, a resztę wypijcie sami – powiedział smutno. Zapaliliśmy po papierosie, skończyliśmy drugą flaszkę i już mieliśmy odchodzić. A nawet zrobiliśmy kilka kroków w wyznaczonym wcześniej kierunku. Odchodząc jednak Porucznik się do niego zwrócił

– Kolego prawda jest taka, że my chlamy dinks i tak naprawdę, żeby wóda nas ścieła musiałoby jej być bardzo dużo. Teraz jestem z tobą szczery – zaczęliśmy już łapać do czego zmierza – Może poratowałbyś jakimś groszem? Inaczej nie przeżyjemy dzisiejszego dnia – zakończył przemowę i odetchnął. Znowu czekamy w napięciu. Ale zdecydowanie krócej. Facet wyjmuje portfel z tylnej kieszeni i wyciąga dwadzieścia złotych.

– Dzięki – rzucił któryś na odchodne i pomaszerowaliśmy dalej. Teraz naszym celem są dwa markety – Caerrfure i Kaufland. Tam również będziemy strzelać, wybierać pety i co najważniejsze chodzić i wyłudzać wózki z monetą. W tym dobry jest Główka. Nawet gdy się chwiej i ledwo mówi, to często jest w stanie wmówić, że potrzebuje pieniędzy na jedzenie. Bywało, że oprócz wózka czy kilku złotych, zaczepiony człowiek robił mu jeszcze zakupy.

Uzbroiliśmy się w dwie butelki denaturatu (białego z niebieską nakrętką). Któryś ze znajomych odkrył sklep gdzie sprzedają go po trzy piętnaście. Cholera, trzy złote i piętnaście groszy za pół litra czystego spirytusu. Cena konkurencyjna, nawet dla słynących z niskich cen alkoholi z państw byłego ZSRR.

Popijając rozglądamy się uważnie. Trzeba sobie zrobić w głowie jakiś plan. Siedzę pod wejściem i pociągam dyktę. Napój rozkosznie rozlewa się po żyłach. Jakoś dziwnie zmieniają mi się ruchy, inaczej gestykuluję. Wzrok traci ostrość. To podobno normalne objawy przy piciu tego specyfiku. Kłopoty z koordynacją ruchów. Niby wszystkie członki, kończyny, mięśnie i ścięgna działają. Ale jakoś inaczej. Doskonale widzę, że w moich ruchach jest coś nie tak. Nie mogę jednak tego skorygować. Obserwuję innych. Rybak, też dziwnie chodzi. Śmiesznie wysoko podciąga kolana i stawia ogromne kroki. Wygląda jak bocian. Główka zaś idzie tak jakby ciągle skręcał w prawo, mimo że trajektoria jego marszu jest idealnie prosta. Magik i Porucznik zniknęli mi z pola widzenia. Lecz i z nimi coś nie tak. Obserwuję z rozbawieniem i rosnącym zainteresowaniem.

Główka strzela. – Nie moglibyście państwo poratować jakąkolwiek kwotą kilku bezdomnych – zaczepił parę wychodzącą z marketu. – A do roboty obiboki!!! – z pogardą odpowiedział mężczyzna – do uczciwej pracy nieroby, a nie ludzi zaczepiać!!! – facet łapał już fazę i wyraźnie się nakręcał. Postanowiłem ruszyć Główce z odsieczą.

– Czy pan zdaje sobie sprawę jak ciężką pracą jest alkoholizm i żebractwo. Człowiek taki jak pan, z klasą i na poziomie. W całej swojej dyskretnej mądrości, rozważy to pod tym kątem – powiedziałem najmilej jak umiałem, jawnie kpiąc z buraka, którego kolor twarzy zmienił barwę ze świńskojasnoróżowej na zielonkawopupurową

– Macie tu dwa złote – burknął pod nosem.

I jak codziennie udało się w końcu uzbierać wystarczającą ilość gotówki, by we względnym spokoju dotrwać do rana, by móc komfortowo tracić przytomność, a po jej odzyskaniu ponownie szybciutko odlecieć. I tak do świtu. potem znowu butelkowo, zrzuty, strzelanie. Dzień, jak co dzień – rutyna.

Piotr Jastrzębski

Tekst ten nie dotyczy wszystkich bezdomnych. Nie każdy z nich jest alkoholikiem. Nie każdy pije denaturat. Przez dwa miesiące poznając ich życie, spotkałem bardzo wielu niepijących, lub pijących z umiarem. Czystych schludnych i zadbanych. Nieodróżniających się niczym od całej reszty tak zwanego zdrowego społeczeństwa. Pomimo tego, że wielu mieszka w lesie, na klatkach schodowych, obskurnych dworcach lub na przypadkowej ławce, potrafią znaleźć w sobie energię, by pójść w jakiekolwiek miejsce gdzie jest bezpłatna łazienka umyć się i ogolić. Najczęściej jest to market stacja benzynowa lub jakiś urząd. Większość z nich unika miejskich schronisk i noclegowni. Po pierwsze dlatego, że warunki są tam niewiele lepsze niż na dworcu. Chamski i wulgarny personel, traktujący podopiecznych jak podludzi. A przebywający tam lokatorzy często tworzą system hierarchiczno więzienny. Można zostać pobitym, okradzionym, a upokarzanie na każdym kroku to codzienność. Dlatego w mieście gdzie jest kilkudziesięciu bezdomnych, w schronisku mieszka tylko sześciu. Władze więc mogą szczycić się tym, że problem bezdomności w ich mieście nie występuje. Co jest nieprawdą.”

Źródło – https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=1772967779665726&id=100008575633630 .

.

Polecam:

– Książka Piotra Jastrzębskiego: Z dna – http://dkmedia.pl/sklep/?37%2Cz-dna .

– Kilka fragmentów książki – https://www.facebook.com/groups/242873486192743/?ref=br_rs .

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>