Dieta wysokotłuszczowa nie musi grozić otyłością

.

Z 2012 roku:

Dieta wysokotłuszczowa nie musi grozić otyłością

„Izraelscy badacze stwierdzili, że dieta wysokotłuszczowa nie prowadzi do nadmiernego zwiększenia masy ciała, jeśli posiłki są spożywane regularnie. Wyniki badania opublikowano w „FASEB Journal”.

Systematyczne spożywanie wysokotłuszczowych posiłków nie powoduje otyłości, a w dodatku dobrze wpływa na metabolizm organizmu, który zamiast magazynować tłuszcze, wykorzystuje je jako źródło energii, gdy nie ma dostępu do pożywienia, np. w przerwach między posiłkami.

Poprzednie badania wykazały, że nieregularne odżywianie się, bądź stosowanie diety wysokotłuszczowej prowadzi u ssaków do zakłócenia metabolizmu, a w konsekwencji do otyłości.

Badacze z Hebrew University of Jerusalem postanowili sprawdzić, jaki wpływ na organizm będzie miało stosowanie wysokotłuszczowej diety, ale o ściśle zaplanowanych porach jedzenia. Przypuszczali, że systematyczne spożywanie posiłków wyreguluje organizm i zredukuje efekty działania potraw bogatych w tłuszcze, które w normalnych warunkach prowadzą do nadwagi.

Naukowcy przeprowadzili badanie na myszach, które podzielili na cztery grupy o odmiennym 18-tygodniowym schemacie karmienia.

Pierwsza grupa podlegała diecie wysokotłuszczowej, ale miała dokładnie zaplanowanego schematu posiłków, co oznaczało, że myszy jadły o stałych porach, a ich karmienie za każdym razem trwało tyle samo czasu. W kolejnych grupach znalazły się myszy, u których zastosowano dietę wysokotłuszczową, ale o nieregularnych porach karmienia (zwierzęta jadły kiedy chciały), dietę niskotłuszczową o zaplanowanym schemacie żywienia oraz dietę niskotłuszczową, która nie podlegała regulacji.

Myszy we wszystkich grupach przybrały na wadze, ale najbardziej przytyły gryzonie z grupy, która podlegała nieregularnej diecie wysokotłuszczowej.

Natomiast u myszy, które jadły regularnie wysokotłuszczowe produkty, zaobserwowano mniejszy wzrost masy ciała nie tylko w porównaniu ze zwierzętami, jedzącymi tłusto i niesystematycznie, ale również z tymi, u których zastosowano dietę niskotłuszczową, ale nie podlegającą uregulowanemu schematowi, pomimo, że we wszystkich grupach stosowano tą samą ilość kalorii.

W dodatku organizmy myszy z wysokotłuszczową, zaplanowaną dietą nie magazynowały przyjętych tłuszczy, ale spalały je, przekształcając w energię.

„Wyniki naszego badania pokazują, że regulacja czasu przeznaczonego na konsumpcję jedzenia zajmuje ważniejsze miejsce niż ilość tłuszczu zawartego w diecie, prowadzi do polepszenia metabolizmu i pomaga zapobiegać otyłości” – podsumowuje prof. Oren Froy, jeden z badaczy.(PAP)

Dla optymalnych to żadna nowość. Należy się jednak cieszyć z publikacji takich informacji,bo teksty tego typu dają nam dodatkowy „oręż” do ręki. I o to chodzi!”

Źródło – http://optymalni.org.pl/index.php?dzial=news&id=211 .

.

Polecam:

– Alarmujące statystyki dot. otyłych osób – http://www.stachurska.eu/?p=4914

– Książki dr Jana Kwaśniewskiego – http://optymalni.org.pl/sklep/?p=productsList&iCategory=4

– Dr Jan Kwaśniewski odkrywcą – http://www.stachurska.eu/?p=14522

– Uhonorowanie dr Jana Kwaśniewskiego – http://www.stachurska.eu/?p=9218 .

.

| | Dodaj komentarz

Istota edukacji amerykańskiej

 

Michał Aerts 28.12.2017 r. o 17:03 napisał:

„…zmiany zacząłbym od edukacji podstawowej. Konieczna jest zmiana sposobu nauczania i myślenia nauczycieli. Przykład. Moja 15 letnia córka rozmawiała kilka dni temu z jej kuzynem w tym samym wieku. Ona od samego początku jest edukowana w modelu amerykańskim, on w polskim. Dyskusja dotyczyła poziomu i sposobu nauczania w szkołach polskich vs. amerykańskich. Kuzyn córki z dużą pewnością siebie twierdził, źe poziom w Polsce jest wyższy. Moja przekorna Zosia zadała mu jedno pytanie, czy może wskazać praktyczne zastosowanie twierdzenia Pitagorasa. Po kwadransie myślenia powiedział, że po prostu trzeba je znać, żeby nauczyciele postawili dobrą ocenę. Na to Zosia podała praktyczny przykład z obliczenia relacji nachylenia i długości dachów domów, czy podpór mostów. To jest istota edukacji amerykańskiej, wszystko czego się uczę ma mieć konkretne osadzenie w życiu, w polskiem systemie mamy ZZZ (zakuć, zdać, zapomnieć). Dopóki Polska nie przełamie ogłupiającej edukacji podstawowej i średniej, która służy wykonywaniu instrukcji i nauki pamięciowej, polska gospodarka pozostanie w ogonie świata, bo takie ukształtowanie umysłowości młodego człowieka zabija innowacyjność i zdolność do skutecznego rozwiązywania problemów. Cała reszta czyli edukacja wyższa, zarządzanie państwem i gospodarka realna jest tego wynikową.”

Źródło: komentarz do wpisu Pawła Wimmera – https://www.facebook.com/prwimmer/posts/10156210829135864?pnref=story .

.

| | 1 Komentarz

Naukowe potwierdzenie skuteczności Diety Optymalnej

 

Dr Jan Kwaśniewski napisał:

Naukowe potwierdzenie skuteczności Diety Optymalnej (cz. I)

Ciechocinek 13.10.2005 r.

Chciałem Państwa zapoznać z propozycją badań, które mają być przeprowadzone nad wpływem Diety Optymalnej na chorych na różne choroby, w ramach programu badawczego EUREKA, którego patronem jest Krajowa Izba Gospodarcza.

Wprowadzenie tematu:
– W 1974 roku chorowało na cukrzycę typu I i typu II łącznie w Polsce około 300 tys. chorych.
– Po trzydziestu latach w roku 2004 zarejestrowano około 4 mln chorych – czyli 13 razy więcej.
– Ponad 500 tys. chorych leczonych jest insuliną, inni otrzymują leki doustne (oczywiście ci chorujący na cukrzycę typu II). Szkody powodowane przez cukrzycę i choroby tej cukrzycy towarzyszące, oceniano w 2002 roku w Stanach Zjednoczonych na ponad 100 mld $ rocznie.
– W Polsce szkody te oceniane są na ponad 30 mld zł. rocznie. Cukrzyca typu I skraca życie, jak policzono, o średnio 25%, cukrzyca typu II o około 20%. I to dotyczy głównie ludzi, zwłaszcza cukrzycy typu I, w okresie produkcyjnym.

Od ponad trzydziestu lat w Polsce i od ponad dziesięciu lat w kilku innych krajach, jest zalecane przez lekarzy przyczynowe, zatem skuteczne, leczenie i wyleczanie chorych z cukrzycy typu I i typu II. Skuteczność leczenia jest bardzo duża, przekracza 94%, u pozostałych – około 6% – uzyskuje się poprawę, cofanie się chorób towarzyszących cukrzycy oraz znaczne zmniejszenie dawek insuliny, czy leków doustnych.

W latach 1987-1990 przebywało na leczeniu w Akademii Zdrowia „Arkadia” w Ciechocinku i w Cedzynie 1665 chorych na różne choroby, w tym 70 chorych na cukrzycę typu II leczonych preparatami doustnymi, u 11 stosowano insulinę w dawkach średnio 48 jednostek na dobę.

U 40 chorych cukrzyca ustąpiła w czasie 7-12 dni, u nich odstawiono wszystkie leki.
U pozostałych od początku zmniejszono dawki leków, w tym i insuliny o połowę, a w 8-10 dniu o 2/3. Wyleczenie z cukrzycy w domu nastąpiło u 31 osób w okresie od 7-85 dni, o czym zostałem zawiadomiony, pozostałych 3 chorych przyjmowało nadal leki doustne w dawce zmniejszonej do 20% dawki początkowej.

Natomiast w „Arkadii” w Jastrzębiej Górze w latach 2000-2003 przebywało ponad 7000 chorych na różne choroby, w tym 1120 chorych na cukrzycę typu II. Po 7-14 dniach uzyskano wyleczenie cukrzycy u 67% pacjentów, czyli u 750 osób z odstawieniem leków i insuliny oczywiście. Po trzech miesiącach cukrzyca ustąpiła u ponad 93% procent chorych, u pozostałych uzyskano poprawę oraz znaczne zmniejszenie dawek przyjmowanych leków. Zbliżone wyniki uzyskano w Jastrzębiej Górze u kilkuset chorych na cukrzycę typu I.

Z potraw, które się zjada, powstają wszystkie choroby ludzkie – przekazał nam tę najważniejszą dla ludzi wiedzę kapłanów, uczonych egipskich rozumny Herodot.

Zatem sposobu na uwolnienie ludzi od prawie wszystkich chorób należy szukać w odżywianiu. Najlepszy dla człowieka model żywienia znany jest od ponad 35 lat. Tylko ten model żywienia jest zgodny z podstawowymi prawami obowiązującymi w naukach ścisłych, tylko on jest zgodny ze współczesną wiedzą biochemiczną, o czym pisał prof. Rafalski i prof. Wiąckowski. Współczesna biochemia zaleca dla człowieka około 50 g białka, od 50 do 100 g węglowodanów, reszta energii powinna być dostarczana w tłuszczach oraz w ATP, czy w innych związkach fosforowych, wysokoenergetycznych. Ważna przy tym jest wartość biologiczna białka. Według biochemii najlepsze białka występują w produktach pochodzenia zwierzęcego, o składzie chemicznym najbardziej zbliżonym do składu chemicznego ludzkiego ciała. Najlepsze białka występują zatem w żółtku jaj, w całych jajach, wątrobie, nerkach, móżdżku, sercach. Wskazany jest dodatek kolagenu – nogi cielęce, wieprzowe, drobiowe, skórki ze słoniny, salceson włoski. Część białka może pochodzić z mięsa i sera.

Według Biblii i starożytnego greckiego lekarza Galena to szpik jest pożywieniem najdoskonalej dla człowieka przysposobionym prze naturę. 100 g szpiku zawiera 90 g tłuszczów, głównie nasyconych, ponad 3 g białka i najwięcej ATP i innych „akumulatorów”, jakimi są związki fosforowe aktywne. Natomiast najlepszym paliwem są wolne kwasy tłuszczowe, uwodornione, o najdłuższych łańcuchach węglowodorowych, czyli tłuszcze nasycone. Więcej energii od tłuszczów ma amina cholina, która występuje dokładnie w tych produktach pochodzenia zwierzęcego, w których występują najlepsze tłuszcze: żółtko jaj, nereczki, wątróbka, móżdżek. Tak, że można o tym pamiętać i dodawać sobie tej najlepszej energii.

Zawsze lepszy jest tłuszcz pochodzenia zwierzęcego, spożywany w naturalnych produktach, bogaty w witaminy, mikro- i makroelementy, enzymy i liczne, złożone ciała czynne wspólne dla organizmów zwierzęcych i dla człowieka, występujących w korzystnych dla człowieka ilościach i proporcjach.

Tłuszcze są tym mniej wartościowe, im mniej można z nich uzyskać energii po spaleniu, czyli najgorsze są tłuszcze roślinne o krótkich łańcuchach, o największych ilościach wiązań podwójnych – czyli nienasycone. A najgorszym jest olej z wiesiołka.

Zalecane na przykład spożycie białka na osobę, na dobę – jest błędne, powoduje, że każdy żywi się inaczej. Taka ilość białka dla człowieka niskiego o wadze np. 50 kg i dla człowieka o wadze 150 kg spowoduje, że obaj jedząc to samo – będą się żywili zupełnie inaczej. Będą mieli inny metabolizm i będą występowały w ich organizmach różnice w składzie ciała, przemianie materii. Stąd wyniki ewentualnych badań nie mogą być podobne, ani prawdziwe, ani sprawdzalne.

Aby wyniki badań były obiektywne, potrzebny jest taki model żywienia, przy którym spożywane produkty powodować będą prawie taką samą przebudowę organizmu w okresie wstępnym, czyli do czasu ustalenia się równowagi azotowej w organizmie i taki sam model przemiany materii w dalszym życiu. (Cdn.)”

Źródło – http://dr-kwasniewski.pl/?id=2&news=599 .

.

Naukowe potwierdzenie skuteczności Diety Optymalnej (cz. II)

Równowaga azotowa występuje wtedy, gdy człowiek tyle, ile gramów azotu zjada w białku, tyle wydala (przy każdej zmianie diety występuje przebudowa i równowaga azotowa jest zaburzona).

Najlepszy dla człowieka model żywienia powinien powodować u człowieka:

– Niski wzrost,
– Niską wagę ciała,
– Brak chorób cywilizacyjnych,
– Brak innych chorób, (w tym infekcyjnych),
– Jak najpóźniejsze dojrzewanie i przekwitanie,
– Najdłuższe życie,
– Brak silnego uczucia głodu i pragnienia,
– Najniższe spożycie białka,
– Najniższe spożycie energii,
– Najniższe zużycie tlenu,
– Najniższą liczbę oddechów w spoczynku,
– Najniższą w stosunku do innych ludzi temperaturę ciała w spoczynku, czyli ludzie żywiący się optymalnie mają średnią temperaturę nie 36,6º C, a 36,45 – 36,5º C.

W określeniu wartości w modelu żywienia najważniejsze są proporcje między głównymi składnikami odżywczymi, czyli białkiem, tłuszczem i węglowodanami. Wychodząc z różnych źródeł, można zaproponować najlepszy dla ludzi model żywienia.

W żywieniu najlepszym dla człowieka szczupłego na 1 g białka powinno przypadać ok. 3,5 g tłuszczu. U sportowców i pracujących ciężko fizycznie na 1 g białka powinno przypadać do 5 g tłuszczu, u otyłych na 1 g białka potrzeba od 1,5 do 2,5 g tłuszczu.

Spożycie węglowodanów najbardziej korzystne to około: 0,8 g na 1 kg należnej wagi ciała +/- 0,2 g, jeśli są takie wskazania.

W Polsce w mleku kobiecym na 1 g białka przypada średnio ok. 3,2 g tłuszczu i ok. 6 g węglowodanów, z których ok. 90% organizm oseska przetwarza na tłuszcze, które dopiero są spalane. Organizm noworodka karmionego piersią jest bardzo przystosowany do spalania tłuszczów.

U ludów pasterskich w mleku kobiecym na 1 g białka przypada do 11 g tłuszczu i ok. 4 g węglowodanów. Pasterze żyją najdłużej, nie chorują na choroby cywilizacyjne, ani na choroby powodowane dietami wegetariańskimi, takimi jak: stwardnienie rozsiane, gościec przewlekły postępujący, nowotwory, choroba Bechterewa, choroby przewodu pokarmowego i kości.

Nie chorują na choroby infekcyjne, czy chorobę Bürgera oraz na wiele innych chorób powszechnych wśród innych ludów, jak: cukrzyca typu I, czy typu II.

Proponowany model żywienia został przebadany na zwierzętach i na ludziach chorych na miażdżycowe zwężenie tętnic wieńcowych i inne towarzyszące choroby, przeważnie u ludzi otyłych. W badaniu na zwierzętach porównano wpływ takiego tłustego żywienia, nazwanego przez autora Żywieniem Optymalnym (®), z dietą hodowlaną oraz z dietą uważaną wówczas (1977 r.) za najlepszą dla człowieka, czyli z dietą lotników wojskowych. W porównaniu do innych diet, dieta tłusta spowodowała najbardziej korzystny rozwój zwierząt, ponadto wzrost objętości mózgów o 8%, w stosunku do diety lotników i o 13% w stosunku do zwierząt na diecie hodowlanej, zbliżonej do indyjskiej. Zwiększyła zdolność uczenia się zwierząt o 40%, spowodowała najwyższy procent związków fosforowych aktywnych, głównie ATP w mózgach, najwyższy poziom DNA i RNA oraz tłuszczu w mózgach zwierząt na diecie optymalnej – praca magisterska Jacka Bujko SGGW pod kierunkiem prof. Stanisława Bergera.

Dwie prace na zwierzętach, wykonane pod kierunkiem prof. Rafalskiego w 1979 r. wykazały, że:

Żywienie Optymalne (®) ma wybitne działanie przeciwmiażdżycowe
i powoduje szybkie ustępowanie miażdżycy u zwierząt.

Prac nie opublikowano, z powodów prawdopodobnie – politycznych.

Badania na ludziach przeprowadzono w 1980 r. pod kierunkiem prof. Henryka Rafalskiego wśród jedenastu profesorów i docentów wraz z zespołami. Doświadczenie przeprowadzono na 55-ciu mężczyznach, chorych na udokumentowane zwężenie tętnic wieńcowych serca i inne choroby przeważnie otyłych. Uzyskano:

– Spadek wagi u otyłych,
– Poprawę sprawności fizycznej,
– Poprawę wydolności układu krążenia,
– Poprawę wydolności układu oddechowego,
– Zmniejszenie lub ustąpienie objawów niewydolności wieńcowej,
– Wzrost poziomu dobrego cholesterolu HDL,
– Zmniejszenie poziomu trójglicerydów.
– U żadnego chorego nie wystąpiło pogorszenie stanu zdrowia.

23 chorych obserwowanych przez 3 miesiące i 32 obserwowanych przez 6 miesięcy:

– Poprawa subiektywna wystąpiła u wszystkich, a obiektywna u prawie wszystkich.

– Korzystny wpływ Żywienia Optymalnego (®) na chorych i jego zupełną nieszkodliwość potwierdzili recenzenci pracy – profesorowie Jan Hasik i Jan Tatoń.

Wyników badań nie opublikowano.

Przyznane przez ministra Nauki duże środki na przeprowadzenie zaplanowanych na lata 1981-1986 badań naukowych na dużych grupach chorych na różne choroby, przepadły w stanie wojennym.

Wiedza powstała w Polsce i przeznaczona w pierwszym rzędzie dla Polaków, która – gdyby ją wykorzystano na początku lat 80. – spowodowałaby do dziś uwolnienie Polaków od cukrzycy, nowotworów, miażdżycy, prawie wszystkich innych chorób, która nauczyłaby ludzi odróżniania dobra od zła, zwiększyłaby wydajność pracy i poprawiła jakość pracy, zwiększyłaby wielokrotnie dochód narodowy, spowodowałaby zapowiadane od dawna wielkie bogactwo. Wyprowadziłaby
nasz naród na pierwsze miejsce we wszystkich dziedzinach życia przed wszystkie inne narody.

Nadal jest zbyt trudna do zrozumienia przez tzw. uczonych i polityków. A skorzystało z tej wiedzy już kilka milionów ludzi, głównie w Polsce, ale także w ponad 90-ciu różnych krajach świata.

Nasz wielki rodak – Jan Paweł II, który zapoznał się z wieloma tajnymi materiałami Watykanu, jednak o najważniejszej dla ludzi wiedzy nieco powiedział: Ku zdumieniu wszystkich narodów świata, to z Polski wyjdzie nadzieja udręczonej ludzkości.

Jak długo jeszcze będzie musiała udręczona ludzkość czekać, zależy w dużej mierze od jak najszybciej przeprowadzonych badań na dużych grupach chorych na różne choroby, takie, jak:

cukrzyca typu I, typu II (oraz inne choroby towarzyszące cukrzycy), nowotwory złośliwe, miażdżyca, choroby serca – które powodują największe szkody dla narodu, choroby prowadzące do kalectwa u ludzi młodych, choroba Bürgera, Bechterewa, stwardnienie rozsiane i inne choroby.

W pierwszym okresie chcielibyśmy zrobić badania na ludziach chorych na cukrzycę typu II i choroby jej towarzyszące.

Jan Kwaśniewski”

Źródło – http://dr-kwasniewski.pl/?id=2&news=600 .

.

| | 2 Komentarzy

Kalkulator Miłosierdzia

 

MIROSŁAW KARWAT 23.11.2013 r. napisał:

Konopnicka jako… socjolog moralności

1. Wstęp

W kapitalnym, błyskotliwym eseju Współczesna Medea, czyli etyka i polityka w zaczarowaniu[1] mój przyjaciel i nauczyciel Jan Kurowicki przenikliwie obnażył – interpretując mechanizmu dość perwersyjnej zemsty w dramacie Dürenmatta Wizyta starszej pani – zakres możliwej demoralizacji, wręcz zbiorowej moralnej korupcji całej wspólnoty, uwznioślonej jednak – jakżeby inaczej – prestidigitatorskimi popisami hipokryzji. W innym eseju z tego samego tomu (Elektroniczny Bóg Mediów, czyli religia i polityka w fabrykach atrakcji) sięgnął do tego samego wątku: merkantylnej mentalności – w rozumieniu jak u Fromma[2], postępującej komercjalizacji wszystkiego, włącznie z imponderabiliami, w równie zaślinionej   otoczce obłudy. Ale naświetlił to z nieco innej strony, niejako przez pryzmat relacji popyt-podaż oraz towar-opakowanie. Dorzucę i ja swoje trzy grosze, powracając do problemu zbiorowej demoralizacji, ale dla odmiany na przykładzie starszego pana, którego nie stać na to, by całą wspólnotę kupić, za to sam ma problem, czy ktoś jeszcze zechce jego kupić.

Mocnej inspiracji – poza wywodami Kurowickiego, które mnie sprowokowały – dostarczyła mi po latach powtórna lektura zupełnie chyba dziś zapomnianej noweli Marii Konopnickiej Miłosierdzie gminy[3]. Na marginesie zauważę, że lektura tego drapieżnego tekstu, swoistego trillera z pogranicza ekonomii i moralności, mocno rewiduje utrwalony nieszczęsnym schematyzmem edukacji szkolnej stereotyp tej autorki jako twórczyni zabytków literackich przeznaczonych do „piłowania” w szkole oraz Roty. Odsłania się przed nami wizerunek pisarki nowoczesnej i nonkonformistycznej nie tylko w życiu osobistym, ale i w refleksji społecznej. Wyciągnięta z lamusa miniatura Miłosierdzie gminy okazuje się zaskakująco aktualna.

Przy tej okazji potwierdza się spostrzeżenie – jakie wielokrotnie zawdzięczałem Kurowickiemu, iż dobra literatura niejednokrotnie jest znacznie bardziej dociekliwa, precyzyjna i płodna poznawczo niż niejeden traktat czy monografia. Otóż w tym mini-dziełku Konopnicka występuje w roli socjologa moralności, przedstawiając w fabularnej formie zwarty model wewnętrznej logiki merkantylnego, kramarskiego tudzież eksploatatorskiego typu moralności wraz z analizą jego socjoekonomicznych uwarunkowań. Badacze, którzy dziś starają się wyjaśnić związek między interesami ludzi a ich poglądami i zachowaniami, a sięgają przy tym bądź do spuścizny marksistowskiej, bądź do schematów socjologicznych teorii wymiany, niejedno mogą się nauczyć z tej historii pewnego dziwnego przetargu.

Tym, co sprawia, że omawiana nowelka jest czymś więcej niż emocjonalnym odruchem zniesmaczenia i oburzenia skrajnie merkantylną dehumanizacją więzi międzyludzkich, jest obrazowe ukazanie dwoistości, pokrętności i przewrotności najwznioślejszych pojęć, skrajnie utylitarnego z nich użytku idącego w parze z trywializacją i karykaturalną deformacją. Bohaterowie tej nowelki operują dwójmową i tkwią w okowach dwój myślenia. Wszyscy oni (włącznie z obiektem, czyli ofiarą tytułowego „miłosierdzia”) dobrze wiedzą, o co naprawdę chodzi, i pomiędzy frazesami używają określeń bardzo rzeczowych, adekwatnych do istoty rzeczy. Ale frazes osłonowy jest niezbędny, skoro nazywać rzeczy po imieniu po prostu nie wypada, a poza tym to przekreśliłoby pretekst i tym samym możliwość ubicia interesu. Miłosierdziem nazywany jest więc interes; opieką i pomocą – wyzysk; dotacja jest nie tyle wspomożeniem potrzebującego, ile niewygórowaną ceną za pozbycie się kłopotu. Przepełniona opiekuńczymi uczuciami gmina okazuje się nie tylko gospodarna (w gospodarowaniu ludzkimi odpadami); występuje ona w roli jako żywo przypominającej… stręczyciela, z tą różnicą jedynie, że stręczy nie usługi seksualne, ale produkcyjne. „Opiekun” występuje w roli nabywcy, a w rezultacie jeśli nie właściciela, to w każdym razie dzierżawcy żywego towaru – siły roboczej, której w dodatku nie musi opłacać. Podopieczny w roli przecenianego towaru, zbywanego nie tylko po okazyjnej cenie, ale za dopłatą (nieodparcie nasuwa się skojarzenie ze skupem i recyclingiem odpadków).

Przypomnijmy najpierw przebieg wydarzeń i tok myślenia bohaterów tej groteski – makabreski zarazem.

2. Pikantna licytacja

W pewnej szwajcarskiej gminie w budynku urzędowym gromadzą się jej mieszkańcy – w   związku z kolejnym osobliwym przetargiem, którego przedmiotem jest dopłata gminy dla tych, którzy przygarną ludzi starszych pozbawionych normalnej sprawności, własnych oszczędności na starość i jakiegokolwiek dachu nad głową. Przekrój społeczny zainteresowanych ofertą gminy jest bardzo budujący: sami poważni ludzie i obywatele służący za wzór swoją zapobiegliwością: właściciel warsztatu, właściciel piwiarni, piekarz, oberżysta, wytwórca win, producent słodu, ślusarz, kotlarz, ogrodnik, stolarz. Ludzie – jak widać po ich statusie – godni uznania i zaufania, bo odpowiedzialni, pracowici i pożyteczni. Pracowitość i społeczna użyteczność każdego z nich potwierdzona jest oczywiście przez ich stan posiadania (bo dorabia się ten, kto uczciwie i ciężko pracuje) oraz przez to, co można u nich kupić. Pracują ciężko i solidnie, ale też racjonalnie, zgodnie z zasadą, którą dziś lapidarnie wyraża żartobliwa formuła „Ja mogę pracować nawet w kamieniołomach, tylko mi ludzi dajcie!”. Słowem, to zarazem i ludzie pracy, i właściciele, przedsiębiorcy, pracodawcy. Wspólny jest dla nich klasyczny status społeczny drobnomieszczanina, który nawet w stosunkach rodzinnych pozostaje pracodawcą i właścicielem wszystkiego, co się rusza w jego obejściu.

„Każdy z nich potrzebuje posługi to  warsztacie, to w domu, to w roli. Każdy też woli, że mu to taniej przyjdzie, niż gdyby parobka zgodził. Porozpierali się u balasków i gwarzą z cicha. Wdowa Knaus także się między nimi rozparła. Od czasu, jak się syn ożenił, na imię Boskie nie ma się kim w domu pchnąć. Jest przy tym miłosiernego serca i chętnie by biedotę wzięła, żeby tylko posługę z tego niezgorszą mieć można. No i żeby dopłata nie bardzo marną była. Nie może przecież niedołęgi darmo do domu brać. Gmina zresztą ma fundusze na to, żeby za biedaków, co już robić nie mogą, płaciła.”[4]

W tej gminie bowiem wypracowano nader oryginalne rozwiązanie kilku istotnych problemu. Z jednej strony, kłopotu związanego ze zniedołężnieniem i nędzą zarazem ludzi starszych, którzy nie zgromadzili kapitału na starość, a nie mogą też liczyć na bezinteresowną opiekę bliskich lub znajomych (bo przecież wszystko kosztuje, a człowiek normalny i odpowiedzialny robi tylko to, na co go stać). Z drugiej strony, trudności gospodarczych związanych z brakiem rąk do pracy (także w gospodarstwach domowych) lub ze zbyt wysoka ceną świadczenia pracy przez ludzi niezależnych, przez suwerennych sprzedawców własnej najemnej siły roboczej.  Interes społeczny (jako pochodna sumy interesów poważnych obywateli, którzy coś posiadają i mają coś do stracenia) wymaga gospodarki intensywnej, a nie ekstensywnej. Wymaga, aby szukać rezerw we własnych zasobach ludzkich, wymaga utylizacji i recyklingu tych zasobów, a nie nonszalanckiego zwiększania wydatków.

Twórczą syntezę praktyczności i moralnego patosu wyraża rytualne przemówienie powitalne pana radcy prowadzącego przetarg na dopłatę dla opiekunów. Rozpoczyna się, a jakże, od wzruszającego ornamentu:

„- Wiadomo panom, jak opiekuńcze są ustawy gminy. Wiadomo panom, że gmina nie dozwala cierpieć nędzy żadnemu z członków swoich. Ociera łzy, odziewa nagich, karmi głodnych, bezdomnym daje dach nad głową, słabych wspiera.

Tu czując, że mu się frazes udał, robi krótką, lecz znaczącą pauzę. Obejmuje potem oczyma obecnych i tak mówi dalej:

– Ustawy gminy są ustawami chrześcijańskiego miłosierdzia, są one nie tylko naszą zdobyczą cywilizacyjną, ale i naszą chlubą. Tak jest, panowie, one są naszą chlubą! Wiadomo panom, że młodość nie trwa, siły opuszczają, choroba i bieda łamie. Jest to powszechne prawo, któremu ulega świat cały. Ale nasza gmina podejmuje walkę z tym prawem. W jaki sposób? W bardzo prosty: przygarnia tych, których skrzywdziło życie, przygarnia nędzarzy i wydziedziczonych, przygarnia kaleki i niemocne starce!”[5]

Przygarnia – może w domach opieki z komfortową obsługą medyczną i kulinarną? Niezupełnie, na takie zbytki gminy nie stać. Ale zadbała o to, aby każdy z obywateli – równie silnie poruszonych troską o nieszczęśników w potrzebie jak troską o własny interes – mógł przygarnąć tych najsłabszych, otoczyć ich swoją opieką i w tym zbożnym geście liczyć na wsparcie z budżetu gminy.

„Tu pan radca dziwi się, że mu tak dobrze idzie, i znów robi pauzę. Żal mu po prostu, że słucha go tak mała garstka ludzi. Taka mowa, wypowiedziana na jakimkolwiek dużym zebraniu, zrobiłaby mu imię. Za czym z wysoka rzuca okiem na salę i tak kończy:

– Tak jest, moi panowie! Gmina przygarnia ich i godząc rozumną rachubę z porywami serca, mówi: starzec ten, nędzarz ten, ten kaleka nie może już wyżyć ze swojej pracy. Owszem, nie może już pracować. Nie ma on rodziny, która by go żywić mogła, lub też ma rodzinę biedną, której praca ledwo starczy, by głodu nie zaznać. Mamże go puścić, by się włóczył po drogach jako wstrętny żebrak? Nigdy!”[6]

W przekładzie z patosu na język gospodarczy: pozostawiony samemu sobie zbyt dużo by kosztował, a gdyby próbował się ratować żebraniną, to nie tylko zakłócałby porządek i psuł estetykę środowiska, ale ponadto – co niedopuszczalne – byłby pasożytem. A w zdrowym społeczeństwie jest miejsce jedynie dla ludzi produktywnych i użytecznych, nie dla darmozjadów i naciągaczy.

„ – Tak jest, moi panowie! Piękne nasze ustawy wygnały z ziemi naszej żebraninę, a wprowadziły do niej miłosierdzie. Nie ma już opuszczonych! Nie ma już nędzarzy! Gmina jest ich matką, gmina jest ich żywicielką. Oto jest starzec niezdolny do pracy. Kto z panów chce go wziąć do siebie? Niejedną posługę mieć można jeszcze z niego. Gmina nie wymaga, by jej członkowie czynili to darmo. Gmina gotowa jest, podług ustaw swoich, przyczynić się do utrzymania tego starca. Kandydacie, przybliż się. Panowie, przypatrzcie się kandydatowi!”[7]

Wzorcowy przykład „propagandy sukcesu”. Nędza i sieroctwo społeczne zniknęły  chwilą, gdy zamieciono je z ulicy do prywatnych domów. Szczególnie pikantny jest jednak inny wątek w tym krasomówstwie: niezdolny do pracy (na rynku pracy) jest całkiem przydatny do pracy w gospodarstwie domowym, która podlega zupełnie innym regułom i której efekty oraz koszty nie podlegają równie jawnym obliczeniom. O takim niuansie mówią dziś feministki, gdy analizują pracę domową kobiet, zwłaszcza tych nigdzie nie zatrudnionych.

„Kuntz Wunderli nie wie, kto będzie panem jego. Uśmiecha się tedy do wszystkich i raźno mruga oczyma. Oczy te są zimne, osłupiałe i stroskane. Stary Kuntz usiłuje im wszakże nadać filuterny, niemal lekkomyślny wyraz. Gdy mu się jedno zmęczy i staje w ciemnym swoim dole nieruchome, martwe, mruga drugim, jak gdyby chciał mówić: »Jeszczem ja mocny! O, i jaki mocny! Chleba darmo nie zjem, pracować będę, każdej robocie poradzę. I wody przyniosę, i drew ułupię, i kartofli naskrobię, i izbę zamiotę… Dużą siłę mam jeszcze… dużą siłę…«”[8]

Stary Kuntz uczestniczy więc – choć pewnie ma pełnię praw konstytucyjnych i formalny status wolnego obywatela, jak wszyscy – w poczwórnie osobliwym przetargu, w  nader specyficznej licytacji.

Po pierwsze, nie licytuje sam – jak kandydaci do pracy na rynku pracy – swojej wartości, lecz jest licytowany. W jego przypadku klasyczne urzeczowienie, utowarowienie zyskuje charakter jeszcze bardziej dosłowny niż w przypadku ludzi, którzy sami mogą targować się o warunki swej pracy w ramach zatrudnienia czy umowy zakupu-sprzedaży albo umowy o świadczeniu usług.

Po drugie, jego status w tym przetargu niewiele różni się   od sytuacji historycznie i formalnie odmiennej – od targu niewolników. I dobrze to rozumie: zwycięzca tego przetargu będzie jego panem, właścicielem. Zinternalizował reguły, które upodabniają go do psa domowego, traktowanego lepiej lub gorzej, ale przez kogoś, kto jest jego panem, właścicielem. Uznał je za naturalne.

Po trzecie, w związku z tym własną gorliwością usiłuje podołać regułom, których sens sprowadza się do schematu „staraj się dobrze sprzedać”. Merkantylną mentalność, zgodnie z którą człowiek jest wart tylko tyle i dokładnie tyle, ile inni są gotowi za niego dać, zapłacić, a wartość ta trwa jedynie do czasu, dopóki są jeszcze nabywcy, mają więc nie tylko jego współobywatele handlujący nim jak starą kobyłą czy workiem owsa na targu, ale i on sam. Chyba nawet nie czuje się upokorzony (godność ludzka i osobista nie należy do katalogu wartości wymiernych i przeliczalnych obecnych w kramarskim sposobie myślenia), lecz jedynie przestraszony, że wycenią go zbyt nisko i że może trafić w łapy prawdziwego krwiopijcy.

Po czwarte wreszcie, licytacja dotycząca jego wyceny oparta jest nie na zasadzie in plus (Kto da więcej?), jak w przypadku modelek, piłkarzy czy wziętych menadżerów, a tym bardziej dzieł sztuki na aukcji, lecz na zasadzie in minus (Kto zażąda najmniej?). W ten sposób obiekt licytacji dowiaduje się naocznie, jak bardzo i jak szybko traci wartość (użytkową i handlową). A najbardziej godny podziwu – jako zwycięzca przetargu – jest ten, kto najbardziej go poniży.

Stosownie do tych reguł staruszek jest oglądany i obśmiewany (niebezinteresownie, gdyż nie chodzi o samo w sobie poczucie humoru czy taktu, lecz o „ścinanie ceny”) w zupełnie podobnej atmosferze jak koń, któremu zagląda się w zęby i pod ogon czy samochód na giełdzie samochodowej, który sprzedający tak „odpicował”, aby zdawał się limuzyną, zaś ewentualny nabywca chce przedstawić go jako szmelc, wrak; każdy z myślą o cenie jak najbardziej dla siebie korzystnej.

„Ten, to ów zaczyna mu się przyglądać. Istotnie, stary wygląda wcale jeszcze dobrze. Dziś rano ogolił się właśnie; woźny pożyczył mu brzytwy. Leży to w interesie gminy, żeby taki kandydat jak najlepiej i jak najraźniej się przedstawiał. Inaczej mógłby nie znaleźć wcale amatora.”[9]

To również jeden z fundamentów nie tylko aktów wymiany, np. sprzedaży-kupna czy kredytu, ale w ogóle transakcyjnego modelu stosunków społecznych. Do osiągnięcia korzystnego wyniku w transakcji wystarczy nie tyle sama w sobie wartość towaru (użytkowa czy estetyczna albo poznawcza – jak w przypadku publikacji naukowych), ile ich „wizerunek”, korzystne wrażenie, przypisywana im, wmówiona lub upozorowana atrakcyjność. Czasem to jest skumulowana i do pewnego stopnia zasłużona renoma, „marka”, a czasem najpospolitsza reklamowo-marketingowa mistyfikacja.

„Trzeba tu i litość wzbudzić, i nie okazać się zbyt niedołężnym. Wie on, że stoi tu w charakterze starca, nie mogącego pracować, ale wie także, iż każdy z tych, co tu przyszedł, na ręce jego patrzy, czy się roboty chwycą. Gmina ma nad nim miłosierdzie, prawda, ale zbyt wiele dopłacać za niego nie chce. On to wie, wie dobrze; zbyt wiele wymagać nie może… Zmieszany, wzruszony patrzy ludziom po oczach, miarkując, co który myśli; na woźnego też rzuca w bok krótkie spojrzenia, jakby dla upewnienia go,  że ani brzytwa, ani kubrak, ani chustka nie pójdą na marne.”[10]

Ale gdzie się podziała rodzina? Bo przecież stary Kuntz ma syna i wnuka. Otóż syn mężnie, a przezornie staje do licytacji. Nie zatrzymał ojca w domu, lecz wystawił na przetarg, aby koszty opieki się zwróciły. To najdosadniejsze unieważnienie i odwrócenie tradycyjnych, humanitarnych wzorców moralnych: własny ojciec nie jest już kimś, komu należy się opieka „jak psu kość” z racji długu wdzięczności i zwyczajnego synowskiego szacunku, lecz już tylko balastem; a stopień więzi z nim jest proporcjonalny do jego przetargowej wartości.

„Syn przeciska się do balasków, wyjmuje fajkę i w pierwszym rzędzie staje z podniesioną głową. Nikt mu tego za złe nie bierze.

Dzieciaków gromadę ma, sam ciężko pracować musi. Jedna gęba więcej u miski to duża rzecz tam, gdzie i ci, co do niej siedli, Ne zawsze się najedzą. Trzymać ojca darmo nie może.

Bóg widzi, jako nie może! Ale z tym, co gmina doda, spróbuje. Nie wymaga wiele. Od razu trzy razy tyle opuszcza, co ktokolwiek z obcych. Zarabiać na gminie i na starym nie chce. Niech tylko mu się własny grosz, choćby i niecały, powróci.

Wszyscy to rozumieją doskonale: każdy by z nich zrobił to samo. Człowiek się tak jak każda rzecz zużywa, a zużyty cięży. Kto na to ma, może i dziada żywić, a nie dopiero ojca, ale kto nie ma na to, jużci, kraść nie pójdzie. Jest to rzecz jasna jak słońce.”[11]

Ku rozpaczy starca licytację wygrywa nie jego „kochający, lecz do granic zasobności (i opłacalności)” syn, lecz obcy, który go przelicytował jeszcze niższą stawką gminnej dopłaty. Jak w dzisiejszych przetargach na budowę dróg, autostrad, wiaduktów, gdzie wygrywa ten, kto zadeklaruje najniższe koszty (a potem naciąga na kolejne dopłaty do swoich „najtańszych” usług). Aczkolwiek przez chwilę świta iskierka nadziei na powrót do syna, bo nabywca darmowej siły roboczej próbuje być zbyt chytry i próbuje teraz zbić uzgodnioną cenę inwentaryzacją ubioru wstępnie zakupionego inwentarza żywego. Wybucha niesmaczna (lecz nie gorsząca nikogo z uczestników i świadków tej licytacji) awantura z powodu, by tak rzec, nieuczciwej reklamy. Bo starzec ogolony pożyczoną brzytwą, a przybrany w pożyczony kubrak i chustkę, dzięki temu wyglądający korzystniej (o co zadbała sama gmina w trosce o znalezienie nabywcy tego nędzarza i chuchra) jest przecież wart znacznie mniej niż wylicytowano tą najniższą stawką!  Słowem, to bazarowe oszustwo, jak w hipermarkecie dwukrotnie przedatowana kiełbasa.

„ – Człowiek ma miłosierdzie – woła Tödi Mayer, szeroko rozkładając wielkie czerwone ręce – Bierze sobie za marny grosz taki ciężar na kark, ale chce, żeby interes rzetelnie był zrobiony. To trudno!”[12]

Więc mimo zaciągniętego już zobowiązania aukcyjnego wycofuje się z zakupu.

Reklamacja nabywcy znajduje gorliwe poparcie w opinii publicznej. Wszyscy obecni są równie oburzeni; na jego miejscu też zażądaliby przeceny. W rezultacie ten zakup został unieważniony. A wtedy na salę wkracza spóźniony i z marszu włącza się do licytacji inny obywatel znany z twardej gospodarności. Z rozmachem przebija poprzedników w tym konkursie „kto zażąda najmniej”. Z pozoru kupił ten ludzki towar z wyprzedaży najdrożej (bo za najniższą możliwą dopłatę), ale wszyscy wiedzą, że kto jak kto, ale on już sobie krzywdy nie da zrobić i to, co stracił (dopłacając ze swojego do najniższej dopłaty), z nawiązką wydusi ze starucha.

„W chwilę potem Kuntz Wunderli stoi u dyszla mleczarskiego wózka, trzęsąc swą nędzną, starą, siwą głową i usiłując drżącymi rękami przełożyć przez siebie pacianą szleję. Z drugiej strony dyszla rzuca się w podskokach silny kudłaty pies w takiejże uprzęży, ujadając głośno, donośnie.”[13]

3. Zwodnicze eufemizmy

Narracja i monologi wewnętrzne bohaterów tej noweli naocznie ukazują istotę dwójmowy. Ale nie tej stereotypowo pojmowanej nowomowy totalitarnej, lecz dwójmowy (jako wyrazu dwójmyślenia)[14], jaka w społeczeństwie „wolnych ludzi i gospodarki rynkowej”[15] towarzyszy komunikacji między ludźmi w ich stosunkach codziennych. Dwójmowy obecnej zarówno w oficjalnych kontaktach gospodarczych, rytuałach publicznych, jak i w więziach osobistych okazujących się przedłużeniem, a zarazem kamuflażem „władzy pieniądza”. O takich związkach między tym, co publiczne i strukturalne, a tym, co prywatne, osobiste, intymne, pisał swego czasu Karol Marks, gdy analizował burżuazyjny model małżeństwa – bardzo praktyczny, utylitarny, balansujący między jawną kalkulacją a ozdobnikowym zakłamaniem.

Jest popyt – jest i podaż. Jest potrzeba, to jest i dobro, które je zaspokoi – w tym wypadku ktoś do „posługi”. Motywacja kandydatów na opiekunów do uczestnictwa w przetargu jest konkretna i użytkowa. Podobnie jak rzeczowa kalkulacja: człowiek do pracy „pod opieką” to rozwiązanie korzystniejsze, bo tańsze, niż umowa o pracę z pracownikiem najemnym, któremu należy się wynagrodzenie, o nie zaś sam nawet może się targować. I którego zakres obowiązków oraz warunki ich spełniania podlegają jakiejś regulacji i kontroli. W dzisiejszej nowomowie tak zwanych pracodawców powiedziano by, że interes przedsiębiorcy zgodny z interesem społecznym wymaga obniżenia kosztów pracy. Taka jest – instrumentalna i przyziemna – motywacja „opiekunów” (podobnie zresztą jak wybieralnych władz gminy, które muszą uporać się z problemem nędzarzy i mieszkańców zniedołężniałych, lecz niezasobnych, a zarazem muszą oszczędzać). Per saldo jest tak: opieka społeczna jest konieczna, ale ona musi się opłacać. Jednak ideologiczna oprawa realizowanych wielopoziomych transakcji nie może być oczywiście tak trywialna, musi odwoływać się do wyższych racji i szczytnych zasad.

Wydawca opatrzył ten przykład retoryki pokrętnej formalnie łopatologicznym, dosłownym objaśnieniem w przypisie, zapewne z myślą o użytku z tej noweli jako lektury szkolnej:

„Opiekuńcze ustawy gminy – ustawy, według których starych, niedołężnych ludzi gmina przekazywała pod opiekę zamożniejszym mieszkańcom, płacąc za ich utrzymanie. Podopieczni mieli obowiązek pomagać w miarę swoich możliwości w gospodarstwie.”[16]

To cudowny, wielopiętrowy eufemizm mocno kontrastujący z dalszym tokiem narracji, ale na tak piękne słówka – jak zwykle – można się nabrać.

Niedopowiedzenie pierwsze, a istotne: opiekę nad tymi, którzy wymagają opieki, powierza się tym, którzy są zamożniejsi (których na to stać). Ciekawe jednak, że chociaż jako zamożniejszych widocznie na to ich stać, to otrzymają na ten cel dopłatę. Jak by nie było, dzisiejszy skrupulatny urzędnik fiskusa uznałby opiekę na takich warunkach za dochód. Może względny (przez odciążenie z kosztów, a nie bezpośredni zarobek), ale jednak dochód. Dochód tych już bogatszych osiągany za sprawą dopłaty z publicznych pieniędzy, a więc również z podatków od tych mniej zamożnych czy nawet żyjących w niedostatku. Skąd my to znamy? To dziś praktyka rozpowszechniona w wielu przedsięwzięciach gospodarczych. A przy tym zamożność i wzrost zamożności ludzi zarabiających dzięki publicznym dotacjom ma oczywiście świadczyć o ich produktywności, efektywności; oni podobno są „lepsi”, bo wydajniejsi. Skąd to znamy? Z transformacyjnej ekwilibrystyki według prostego schematu. Najpierw: sprywatyzować (Koniecznie! Natychmiast! Za wszelką cenę! Bo, „jak wiadomo”, prywatne zawsze jest tańsze i sprawniejsze niż państwowe, komunalne czy spółdzielcze). A  następnie dopłacić, żeby w tych dobrych rękach się opłacało (ciekawa sprzeczność sama w sobie) lub żeby nie upadło; i po drodze wypłacać z wielkim gestem premie prywatnym właścicielom lub menadżerom jako utrzymankom państwowego patrona. To jedna z twarzy tzw. kapitalizmu państwowego.

Niedopowiedzenie drugie: gmina rekompensuje „opiekunom” koszty utrzymania tych podopiecznych. Tyle tylko, że faktycznych kosztów utrzymania ludzi powierzonych opiece nikt nie weryfikuje; nie rozlicza się „opiekunów” z tego, czy dopłatę rzeczywiście przeznaczyli na wyżywienie, ubiór i stan zdrowia podopiecznych, zgoła nie ma nic do rzeczy, jak się czuje podopieczny pod „opieką”. Skąd my to znamy? Między innymi z kolejnych skandali z „rodzinami zastępczymi”, których część okazała się właśnie biznesem fundowanym przez państwo. Dosadne określenie samej gminy, że „płaci za utrzymanie”, jest więc jak najbardziej adekwatne. Z tym uzupełnieniem, że płaci za „czynności”, nie za ich efekt – na podobnej zasadzie, jak klient płaci naprawę zegarka, która go przywraca do sprawności lub okazuje się dalszym zepsuciem.

Niedopowiedzenie trzecie: opieka (choć przeznaczono na nią rodzaj dotacji) nie ma charakteru bezwarunkowego. Nie jest po prostu obowiązkiem opiekuna wobec podopiecznego i wobec gminy, lecz okazuje się rodzajem transakcji, i to – dla człowieka objętego taką „społeczna troską”, poddanego opiece – przymusowej transakcji. Nie wolno mu bowiem podjąć próby samodzielnego utrzymania się choćby z żebraniny, grzebania po śmietnikach (porządek musi być!) ani też bytować w nędzy i dokonać żywota na własny rachunek, lecz z mocy prawa zostaje ubezwłasnowolniony: musi mieć opiekuna i musi stawić się na licytację w charakterze wyłącznie obiektu licytacji. A w zamian za opiekę podopieczny musi „pomagać”. Czytaj: ma odpracować tę opiekę  swoją pracą, choć tytułem do tej przymusowej opieki z przetargu jest właśnie niezdolność do pracy. I wygląda na to, że obowiązki stron stosunku opieki rozłożone są asymetrycznie: opiekun ma obowiązek opiekować się, ale tak, jak sam uzna za stosowne, natomiast podopieczny ma bezwarunkowy obowiązek „pomagać” mu wedle jego życzeń. Wydawałoby się, że gminna dotacja przynajmniej w części, jeśli nie w całości, z założenia ma pokryć koszty opieki. A skoro tak, to obowiązek odwzajemnienia opieki świadczeniem pracy przekształca ten rzekomy stosunek opieki w lekko tylko zakamuflowany stosunek pracy; zaś dotacja mająca być „wsparciem dla wspierających” okazuje się niczym innym jak próbą zniwelowania tak zwanych kosztów pracy. Przy czym w domyśle mamy: to Twoja sprawa, opiekunie (kwestia Twojej operatywności), ile odzyskasz ze swoich kosztów „opieki”, czy wyciśniesz z podopiecznego tyle, by na dopłacie jeszcze zarobisz.

Niedopowiedzenie czwarte: „obowiązek pomocy w miarę swych możliwości” to ornament dla naiwnych lub obłudnych, jako blankietowa formuła, podobna do tzw. przepisów uznaniowych. Nie „w miarę możliwości” (gdzie chodzi o wysiłek na miarę stanu zdrowia, sił   i umiejętności), lecz współmiernie do wymagań „opiekuna”. O tym, jakie są te możliwości i jaka jest ich miara, nie decyduje sam podopieczny, lecz jego „opiekun”.

Niedopowiedzenie piąte: stosunek „opieki” okazuje się nie tylko stosunkiem pracy, ale przy tym stosunkiem wyzysku, zaś „rekompensata” kosztów opieki okazuje się przychodem, tyle, że nieopodatkowanym, a różnica między tym „ile się namęczę z tym niedołęgą” a tym „ile z niego wycisnę” zwyczajnym dochodem, zyskiem.

4. Podsumowanie

Można by zbyć ten utwór  pochodzący „z zamierzchłej epoki” (i jego interpretacje z dzisiejszej perspektywy) oceną, że to jakieś muzealne starocie. Ot, taki kolejny demaskatorski wizerunek moralności mieszczańskiej, ale epigoński, równie przeterminowany jak filipiki Marksa i sceniczne pamflety Zapolskiej lub Perzyńskiego. Ale ten, kto skusiłby się na podobny wykręt, musiałby chcąc nie chcąc przyznać się do hipokryzji i rejterady. Można by też zbagatelizować ten model opinią, że to przecież typowa dla zaangażowanej literatury przesada, ekstremalizacja w obrazie zjawisk, a tak jest zwłaszcza w utworach utrzymanych w konwencji groteskowej. Wszak nie ma wątpliwości, że Konopnicka chłoszcze tu biczem satyry, a jej protest-song wyrastający z elementarnej humanitarnej i społecznej wrażliwości na krzywdę, wyzysk i upokarzanie ludzi słabszych obsługiwany jest niejako instrumentalnie przez narzędzia przejaskrawienia. Można by wreszcie posłużyć się historiograficzną pedanterią i odłożyć problem ad acta z adnotacją, że utwór Konopnickiej – poza tym, że jest literacką fikcją, dość swobodnym przetworzeniem materiału faktograficznego – odnosi się do epoki, w której jeszcze nie funkcjonował system zabezpieczenia socjalnego, ubezpieczeń społecznych, emerytur uzbieranych ze składek, rent zdrowotnych i powypadkowych itd. Pozostając w tych ramach rzeczywiście stwierdzimy, iż nowela Konopnickiej ukazuje skutki luki społecznej powstałej w okresie przejściowym pomiędzy zanikaniem feudalnego, patriarchalnego modelu opieki a kapitalistycznym modelem wszechobejmującego rachunku ekonomicznego; w momencie, gdy socjalistyczne czy chadeckie modele państwa opiekuńczego są dopiero melodią przyszłości. W każdym razie to tylko migawka, powtórka  z historii. Dziś w tak zwanych cywilizowanych społeczeństwach takich wynaturzeń jakoby już nie ma. Mamy prosocjalne ustawodawstwo, rozbudowane instytucje opieki społecznej, liczne organizacje charytatywne i nowoczesne stowarzyszenia samopomocy wzajemnej. Poza tym można wygrać w totolotka. Co najwyżej pozostały indywidualne  patologie w stosunkach między rodzicami a dziećmi.

Trudno jednak nie zauważyć, że wciąż – nawet mimo woli – nasuwają się liczne analogie, choćby ograniczone. Niektóre z tych skojarzeń i analogii nieco natrętnie wskazywałem w dygresjach towarzyszących egzegezie noweli. Dorzućmy do nich jeszcze jedną: ideologicznie uwikłane i zabarwione, choć przedstawiane w otoczce nieomal wyłącznie buchalteryjnej, dyskusje na temat systemu emerytalnego. Przebiegając pod hasłami, ile się należy emerytom, z czego im to wypłacić, na co stać gospodarkę, państwo itp. – raz po raz ukazują wspomniane już odwrócenie perspektywy, zamianę pojęć miejscami. Trwa konfrontacja dwóch przeciwstawnych założeń. Z jednej strony, założenia, że emeryt jest wierzycielem, a społeczeństwo jego dłużnikiem (z racji jego dotychczasowego wkładu pracy, choćby nawet następcy go roztrwonili lub choćby zjadła to dekoniunktura), dość podobnie jak potomek jest dłużnikiem swego rodzica. Z drugiej strony, założenia, że człowiekowi należy się w danej chwili tyle (mniejsza o ten jego wcześniejszy dorobek i wkład), ile mamy do dyspozycji oraz ile sam z siebie jeszcze może dorzucić (dowcipnie pomyślana dopłata do własnego depozytu, by za nowy wkład uzyskać ekwiwalent wcześniejszego). Jest to konfrontacja między postawą humanizmu i humanitaryzmu a orientacją merkantylną wzmocnioną permanentnym pomiarem kursów, notowań. Podobnie jak mierzymy temperaturę czy wartość akcji w danej chwili, tak mierzymy aktualne notowania danego człowieka. Mierzymy w obie strony: (1) o ile uszczupla nasz stan posiadania uruchamianymi świadczeniami, jak bardzo absorbuje nas jako kłopot swoją egzystencją (stosunek do ludzi w wieku poprodukcyjnym taki jak do bezrobotnych, którzy jeszcze nie zdążyli popracować), (2) ile jeszcze jest w nim rezerw w roli pracownika, konsumenta, spadkodawcy, klienta zdolnego do posiadania depozytu i lokat w banku, nabywania obligacji. Dość podobna strukturalnie jest dyskusja między „pracodawcami” a „pracobiorcami”, której główną osią pozostają kwestie, kto przyczynia się do wzrostu,  komu co się należy, kto się poświęca dla społeczeństwa; pracownik czy zyskobiorca.

Człowiek-podmiot i człowiek-trybik.

Może wynik tego zmagania jeszcze nie został ostatecznie rozstrzygnięty.

*Prof. dr hab.Mirosław Karwat – Absolwent Instytutu Nauk Politycznych UW (1975). Doktor nauk politycznych (1977). Doktor habilitowany (1986). Pracownik Instytutu Nauk Politycznych od 1975 roku, obecnie na stanowisku profesora nadzwyczajnego. Członek Polskiego Towarzystwa Nauk Politycznych. Członek Komitetu Nauk Politycznych PAN. Obecnie Kierownik Zakładu Filozofii i Teorii Polityki INP.

Literatura (cytowana lub pośrednio inspirująca)
Barber B. R., Skonsumowani. Jak rynek psuje dzieci, infantylizuje dorosłych i połyka obywateli, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA Warszawa 2008.
Bihr A., Nowomowa neoliberalna, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2008.
Blau P. M., Wymiana i władza w życiu społecznym, Zakład Wydawniczy „Nomos”, Kraków 2009.
Firlit-Fesnak G., Oberloskamp H., Jaroszewska E. (red.), Polsko-niemiecki i niemiecko-polski leksykon polityki społecznej i pracy socjalnej, Oficyna Wydawnicza ASPRA-JR, Warszawa 2007.
Fromm E., Niech się stanie człowiek. Z psychologii etyki, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa-Wrocław 1996.
Horkheimer M., Zmierzch. Notatki z Niemiec 1931-1934, Książka i Wiedza, Warszawa 2002.
Karwat M., O karykaturze polityki, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, Warszawa 2012.
Karwat M., O perfidii, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, Warszawa 2001.
Konopnicka M., Miłosierdzie gminy, Wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków, 1998.
Kurowicki J., Figury i maski w praktykach ideologicznych, Instytut Wydawniczy „Książka i Prasa”, Warszawa 2013.
Marks K., Rękopisy ekonomiczno-filozoficzne, w: Marks K. Engels F., Dzieła, t. 1, Warszawa 1976.
Ossowska M., Moralność mieszczańska, Ossolineum, Wrocław 1985.
Ossowska M., Socjologia moralności: zarys zagadnień, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2005.
Simmel G., Filozofia pieniądza,  Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2012.

[1] Zob. Kurowicki J., Figury i maski w praktykach ideologicznych, Instytut Wydawniczy „Książka i Prasa”, Warszawa 2013.
[2] Por. Fromm E.,  Niech się stanie człowiek. Z psychologii etyki, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa-Wrocław 1996. W tym traktacie i w kilku innych wyłożył autor typologię produktywnych i nieproduktywnych orientacji społecznych czy też rodzajów „charakteru społecznego”, wyróżniając m.in. orientację merkantylną, eksploatatorską, tezauryczną, z których każda w istocie jest mutacją mentalności mieszczańskiej.
[3] Dalej cytuję za wydaniem w serii lektur szkolnych: Konopnicka M., Miłosierdzie gminy. Mendel gdański. Obrazki więzienne, Wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków 1998.
[4] Konopnicka M., op. cit., s. 4.
[5] Ibidem, s. 5-6.
[6] Ibidem, s. 6.
[7] Ibidem.
[8] Iidem, s. 7.
[9] Ibidem.
[10] Ibidem.
[11] Ibidem, s. 12.
[12] Ibidem, s. 14.
[13] Ibidem, s. 18.
[14] Próbę analizy – z egzemplifikacją – takiej mowy dwoistej zawiera praca: Karwat M., O perfidii, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, Warszawa 2001.
[15] Zob. na ten temat: Bihr A., Nowomowa neoliberalna, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, warszawa 2008.
[16] Konopnicka M., op. cit., s. 5.”

Źródło – http://www.socjalizmteraz.pl/pl/Artykuly/?id=150/Kalkulator_Milosierdzia .

.

| | Dodaj komentarz

Bo mnie dzieci potrzebowały

 

Teresa Tereska 2o.12.2017 r. o 22:14 napisała:

„Tak naprawde nie mam o czym pisac, nigdy nie mialam problemow zdrowotnych… mama podsunela mi ksiazke Dr Kwasniewskiego 17 lat temu, a ze mialam male dzieci i sama je wychowywalam, wiec chcialam zeby byly zdrowe I ja tez, bo mnie potrzebowaly I nadal potrzebuja (nie maja nikogo innego). I jestesmy zdrowi.

Dzieci oprocz malego katarku od czasu do czasu sa zdrowe…ja nawet katar mam bardzo rzadko…ot i cala historia….”

Źródło: komentarz do – https://www.facebook.com/groups/137985096222891/permalink/1626572620697457/

.

Polecam:

– Książki Dr Jana Kwaśniewskiego – http://optymalni.org.pl/sklep/?p=productsList&iCategory=4 .

– Opowieści osób praktykujących DO/ŻO – http://www.stachurska.eu/?cat=5027 .

.

| | Dodaj komentarz

Bardzo złe dobro

.

Piotr Jastrzębski 25.05.2017 r. o 09:08 napisał:

„Bardzo złe dobro

Warunkiem i dowodem skuteczności terapii uzależnień jest bezwzględna abstynencja. Złamanie jej zwykle ponownie doprowadzi do czynnego uprawiania nałogu z tą różnicą, że chcąc nadrobić bezpowrotnie straconą trzeźwość, wpada się w jeszcze większe bagno.

Każdy kolejny ciąg po dłuższej abstynencji jest bardziej destrukcyjny. Jeśli już ktoś z własnej woli decyduje się na terapię, to zwykle dlatego, że dotknął dna. Przynajmniej tak mu się wydaje. Pomyłkę dostrzega przy kolejnym ciągu, tamto „dno” wydaje się wtedy sufitem, drobiazgiem przy tym, w co obecnie się wpakował. I trudno mu uwierzyć, że za każdym razem tak będzie, za każdym razem okazuje się, że jest to nieskończona studnia składająca się z coraz to niższych poziomów dna, a każde sprawia wrażenie ostatniego.

Jeśli ten nasz hipotetyczny ktoś, pacjent który przeżył katusze wyjścia z nałogu , kończy terapię i żyje przez jakiś czas w trzeźwości, dochodzi do momentu, w którym zaczyna się tym zachwycać. Tu też nie należy wpadać w przesadę, bo może włączyć się nałogowa trzeźwość, która bywa równie niebezpieczna, pozostałość nałogowego myślenia. Mechanizm działa tak samo, ciąg euforii, determinacja i dostosowanie życia swojego i bliskich do nowego uzależnienia jakim jest trzeźwość – wpada w pułapkę. Bo zwykle kończy się to nawrotem.

Za każdym razem, gdy podejmowałem terapię obawiałem się tylko jednego, czy będę potrafił być szczęśliwy na trzeźwo, czy osiągnę stan, może nie euforii, ale szczęścia bez stymulacji jakimiś środkami – czy to alkoholem czy narkotykami. Ale o tym już chyba pisałem, więc nie będę się powtarzał.

Cały proces terapii jest ogromnym wysiłkiem dla pacjenta, wymaga tytanicznej pracy, determinacji i jakiejkolwiek – byle silnej – motywacji. Żeby przerwać ciąg trzeba najpierw przejść odtrucie. W przypadku alkoholu wystarczy dziesięć dni. Narkotyki wymagają natomiast dłuższej pracy, bo nawet kilkunastu do kilkudziesięciu dni.

Już nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się, że najdłużej na detoksie spędziłem coś około dwóch miesięcy. Byłem tam trzy razy i za każdym razem było to indywidualnie dopasowane do tego co i jak długo w tym czasie brałem. Pobyt tam jest więc płynny czasowo, jednak zawsze bardzo długi. Leczenie zwykle polega na stopniowym odstawianiu narkotyku najczęściej jakimś jego bezpieczniejszym substytutem. Tego nie można robić gwałtownie, dlatego trwa to tak długo.

Ale to dopiero początek drogi trzeźwienia. Najtrudniejsza praca zaczyna się dopiero po usunięciu toksyn z organizmu. Wtedy już można podjąć świadomą terapię. Jeśli oczywiście ktoś ma taką ochotę.

Terapie są różne, leczy się różnymi metodami, jednak zwykle zajmują się tym różnego rodzaju stowarzyszenia i organizacje, nie zawsze z odpowiednio przygotowanym personelem i bywa, że z brakiem ciągłego nadzoru lekarza, ograniczając się do sporadycznych konsultacji zwanych współpracą. Ale o tym problemie i konieczności tego, by to państwowe placówki przejęły na siebie główny ciężar leczenia, pozostawiając organizacjom obszar terapii wspomagającej, też już pisałem w tekście Szamani Terapii Uzależnień.

Nałóg jest chorobą nieuleczalną i bywają nawroty. Terapie uczą jak sobie z nimi radzić i jak się im nie poddać, jak nie ulec i jak pozostać w trzeźwości wychwytując najmniejsze oznaki pojawiającego się głodu.

Może się jednak zdarzyć – i to nie teoretycznie, a całkiem realnie, że po dłuższej trzeźwości – pół roku, rok, dwa, trzy czy nawet więcej – zdarzy się wpadka. Co wtedy? Czy to przekreśla całe poprzednie leczenie? Czy ten ogromny wysiłek i gigantyczny trud poprzedniego wyjścia został zaprzepaszczony? Zmarnowany? Tak to pozornie wygląda, ale jednak na pocieszenie napiszę Wam, że wcale tak być nie musi i paradoksalnie to można przekłuć na coś pozytywnego.

Po pierwsze uświadamia to nam nałogowcom naszą słabość, bezradność. To także potwierdza, że coś takiego jak silna wola u nałogowca nie istnieje. Jeśli pojawi się poczucie winy (jako niewierzący nie używam określenia wyrzuty sumienia) i na jednorazowej wpadce się skończy, to jest to tak wstrętne uczucie, które może jedynie utwierdzić w tym, że to początek powrotu do koszmaru. To paradoksalnie może mieć też wymiar terapeutyczny, który w dużej mierze opiera się na tych negatywnych wspomnieniach. Okazuje się, że coś, co z punktu widzenia nałogowca, który przeszedł terapię jest czymś bardzo złym, można przekłuć na coś dobrego, ale warunkiem tego jest, wcześniejsza odpowiednia terapia, gdy zacznie już działać trzeźwe myślenie, które jest głównym elementem terapii w państwowych placówkach opieki zdrowotnej.

W takim przypadku jednorazowa wpadka niczego nie przekreśla, determinuje natomiast do dalszej pracy i leczenia. Oczywiście mówimy o wpadce, bo jeśli wpadka będzie się powtarzać regularnie, nawet bardzo rzadko jak na przykład co rok, to już przestaje być wpadką, a staje się powrotem do nałogu.

Ryzyko natomiast jest takie, że po jednorazowej wpadce pacjent się podda, uzna że przegrał i wtedy już zgodnie z algorytmem nałogowca, wpada w ciąg.”

Źródło – https://www.facebook.com/groups/1475236135833914/permalink/1537173466306847/ .

.

Polecam książkę Piotra Jastrzębskiego „Z DNA” – https://www.facebook.com/Z-dna-283943475452311/ .

.

| | 5 Komentarzy

Jestem fanką Diety Optymalnej

 

Hanna Ciećko 18.12.2017 r. o 22:50 napisała:

„…Dwa lata temu , dwa dni przed wigilią trafiłam do lekarza pierwszego kontaktu , bo pojawiły się gwałtowne zawroty głowy ,uniemożliwiające funkcjonowanie . Zrobiłam badania ( łącznie z tomografią) i jedyne co wyszło to cukrzyca II (tyle że cukrzyca nie daje takich objawów) . Pani doktor powiedziała ” te tabletki weźmie pani rano , te wieczorem , dietę proszę znaleźć w internecie i przyjść za trzy miesiące”- wypuściła mnie bez glukometru. Wróciłam do domu i zaczęłam szukać w internecie , a tam na forach dla cukrzyków znalazłam bardzo chorych ludzi wcinających tabletki , ratujących się potem przed hipoglikemią piciem coli , zagryzaniem batonikami , a potem szykowaniem sobie bardzo dietetycznych posiłków i z wiekiem coraz bardziej chorych na wszystko.

Oczywiście znalazłam też zadowolonych optymalnych trzymających od wielu lat cukrzycę w ryzach . Praktycznie natychmiast odstawiłam węglowodany w każdej postaci poza owocami . Z owoców nie potrafiłam zrezygnować. Przestałam też jeździć samochodem , bo zawroty nadal się pojawiały w sytuacjach trudnych do przewidzenia , ale poprawa była prawie natychmiastowa , a cukry wyraźnie spadły.

Mniej więcej po miesiącu pojawiły się dodatkowe objawy – zlewne poty w nocy , a po kilku dniach pojawił się rumień na ręce . Zrobiłam badania (prywatnie)- wyszła borelioza . Dostałam antybiotyk na miesiąc (od dermatologa, bo tylko tam udało mi się dostać) i skierowanie do zakaźnika . Wizytę mi wyznaczyli za pół roku „na cito”. Mniej więcej w tym samym czasie pojawiła się dna , dwukrotnie w odstępach dwóch miesięcy.

Cały czas wydawało mi się , że jestem na DO , ale nadal wcinałam owoce w zbyt dużych ilościach . W końcu zdecydowałam się , że muszę się dokształcić i wyjechałam na turnus do ARKADII LIDO . Tam skorygowali moją wiedzę .

W międzyczasie dopisałam się na fb do grupy „BORELIOZA” i okazało się , że przy boreliozie dieta niskowęglowodanowa i wysokotłuszczowa też jest skuteczna i zalecana, tylko nikt jej tam nie nazywa DO ,a o doktorze Kwaśniewskim się nie mówi.

W każdym razie w tej chwili jestem na zbilansowanej DO , nie zażywam żadnych leków , cukry mam w całkowitej normie , hemoglobina glikowana książkowa 5,7 , dna się nie pojawiła od półtora roku , czuję się świetnie , chodzę na basen , schudłam 7kg i nie mam ambicji , żeby zbawiać świat . Nie pociągają mnie słodycze , a i owoce w dawkach niewielkich zupełnie wystarczają . Jestem fanką DO i tyle . Dziękuję.”

Źródło: komentarze w wątku – https://www.facebook.com/groups/137985096222891/permalink/1618306451524074/

.

W kolejnej wypowiedzi pod tym samym, powyższym, linkiem Pani Hanna pisze, że zawroty głowy też ustąpiły.

.

| | Dodaj komentarz

Siły szybkiego reagowania

 

Piotr Ikonowicz 12.12.2017 r. napisał:

„Siły szybkiego reagowania

Ludzie dzwonią. Proszą o pomoc. Opowiadają o swoich dramatach. O zabieraniu dzieci, o wyrzucaniu, wyłączaniu mediów, o lichwiarzach stojących właśnie pod drzwiami w towarzystwie barczystych mężczyzn. A my dwoimy się i troimy. Niedawno przerwaliśmy zebranie, wsiedliśmy w samochody i pojechaliśmy na drugi koniec miasta, ratować matkę dwójki małych dzieci przed takim właśnie najściem. Kiedy dojechaliśmy zbójów już nie było, ale musieli obserwować lokal po od tego czasu pani Edyta ma spokój. Jej historia to taka, która się często powtarza. Mąż miał firmę. Coś poszło źle, zachorował na serce. Zmarł w tym samym dniu, w którym lichwiarz kupił na licytacji ich mieszkanie. Teraz czeka na to by przy naszym udziale miasto st. Warszawa dało jej jakiś kąt. Czeka i drży nękana przez człowieka bez skrupułów, który żyje z tego, że kupuje z lokatorami a potem ich wyrzuca znanymi sobie nielegalnymi sposobami, podnosząc nierzadko o 100% wartość swej inwestycji.

Jestem w trakcie remontu mieszkania, które wynająłem, więc często bywam w sklepach budowlanych. Podczas takich zakupów zaczepił mnie mężczyzna, którego siostra została sprzedana na, licytacji wraz z mieszkaniem. Pytał, co robić, żeby jej od razu nie wyrzucono na bruk. Wiem, ale jest u mnie krucho z czasem, jeśli przed mrozami nie wyremontuję sam pozostanę bez dachu nad głowa. Udzielam, więc na razie porad przez telefon. Kontaktuje z naszymi specjalistami od opóźniania przysadzenia własności.

Coraz częściej o pomoc proszą ludzie, którzy uwierzyli, ze mogą być na swoim, że ich przeznaczeniem jest prowadzenie firmy. Sęk w tym, że olbrzymia część tych optymistów plajtuje i wtedy pod młotek idzie dorobek całego ich życia. Często również jedyne mieszkanie. Przepisy jednak nie przewidują pomocy mieszkaniowej dla właściciela zlicytowanego lokalu. Żeby uniknąć bezdomności i ostatecznego upadku, przegrani biznesmeni lądują w szponach lichwiarzy. Dopiero, gdy zrozumieją, ze sami sobie nie poradzą trafiają do nas. Do kancelarii Sprawiedliwości Społecznej. Tu podają im rękę, których być może jeszcze niedawno nie zauważali na ulicy, których istnienia nawet nie podejrzewali. Biedni. Zbankrutowany muzyk pisze im wniosek o upadłość konsumencką, a żyjąca z zasiłków pomocy społecznej bezrobotna samotna matka prowadzi na negocjacje z urzędnikami w sprawie mieszkania socjalnego.

Piotr Ikonowicz”

Źródło – https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=702594779931278&id=121066958084066 .

.

| | Dodaj komentarz

Żyć mi się chce

 

Izabela Zawadzka 15.12.2017 r. o 20:05 napisała:

„Pozbyłam się cukrzycy, schudłam 15 kilo ( więcej chyba nie mogę) jestem silna i zdrowa – diabłu mogę łeb urwać. Żyć mi się chce..”

Aktualna waga 54 kg, na Diecie Optymalnej od 17 miesięcy.

Źródło: komentarze do – https://www.facebook.com/groups/KlasycznaDietaOptymalna/permalink/1363847443740838/

.

 

| | Dodaj komentarz

ROSJA W OCZACH POLAKÓW (2)

 

Dostałam mailem – Radosław S. Czarnecki:

ROSJA W OCZACH POLAKÓW

My Polacy, nie myślimy politycznie
lecz głośno (lub cicho) politycznie deklamujemy.
Stanisław CAT – MACKIEWICZ

We Wrocławiu przy ul. Zelwerowicza 16 lokal 18 (Pomieszczenia Demokratycznej Unii Kobiet) w dniu. 17.12.2017 o godz. 17:00 odbędzie się zapowiadana dyskusja w ramach Społecznego Forum Wymiany Myśli – Klub Dyskusyjny afiliowany przy Wolnym Związku Zawodowym „WALKA” Wrocław:

– moderator: dr Ewa GROSZEWSKA (WZZ „WALKA” – Wrocław)

Panelistami będą:
– Renata BERENT – MIESZCZANOWICZ (Demokratyczna Unia Kobiet)
– Wojciech BROWARNY (Partia „Razem”)
– Radosław S. CZARNECKI (publicysta niezależny, WZZ „WALKA”)
– Wincenty ELSNER (SLD – Wrocław, b. poseł)
– Jacek Cezary KAMIŃSKI (Porozumienie Socjalistyczne)
– Maciej WIŚNIOWSKI (dziennikarz, Portal Strajk.eu.)

Czy mamy do czynienia w naszym kraju z rusofobią ? Czy jest to tylko manipulacja ze strony mainstreamu oraz elit politycznych ? Taki sąd może kreować powszechny zachwyt czasami rządów Borysa Jelcyna w Moskwie – przeciwstawianymi dwóm dekadom (prawie) Władimira Putina – jako przykładu demokracji, wolności, otwarcia, ale też i kolejnej w historii tego kraju „wielkiej smuty”, „raskołu”, „razwału” itd. (jak to postrzegają obywatele Federacji Rosyjskiej). To jest nie tylko moim zdaniem nieszczere i faryzejskie. W tej admiracji tkwi bowiem ziarno paternalizmu i wyższości jaką wielu Rodaków raczy odnosić – wbrew swoim pro-wolnościowym i pro-demokratycznym deklaracjom jak również przeciw politycznym i gospodarczym interesom naszego kraju – w zasadzie do każdego INNEGO. Szczególnie tego ze Wschodu

Czy naprawdę wszyscy Polacy idą za przykładem manii wyższości okazywanej Rosji i Rosjanom przez topowego dziennikarza, niezwykle opiniotwórczej gazety (przeznaczonej dla polskiego inteligenta), stawiającego retoryczny (czy aby bez podtekstu wartościującego ?) wniosek zakreślony hiperbolą, że gdy „…..na jednym końcu, choćby w Kaliningradzie, jeszcze piją, a na drugim, choćby na Czukotce, już leczą kaca” (Wacław Radziwinowicz). To tak jakby do Polski i Polaka odnieść szlagwort Dobrego Wojaka Szwejka: „Na dworcach kradło się zawsze i będzie się kradło dalej. Inaczej nie można”. I przyporządkować takie sądy funkcjonujące o moich Rodakach w wielu krajach Zachodu – per analogiam – do ogólnej oceny Polski i Polaków.

Bo ma się wrażenie, że cały czas chcemy Wschód (a Rosjan i Rosję w szczególności) uczyć demokracji, wolności, europejskości, kultury, poczucia wartości, estetyki itd.

Spotkanie spróbuje odpowiedzieć na te – i nie tylko – dylematy. Organizatorzy serdecznie zapraszają do udziału w spotkaniu.”

.

| | 4 Komentarzy